W imieniu Juliana


Żyjesz za mnie, Jul i to przekonanie stało się dominantą mojego życia. Już od prawie roku, od czasu kiedy ujawniła się choroba i od kiedy do Ciebie piszę, czuję jak mnie ubywa i myślę że wcale, naprawdę wcale nie ma potrzeby żebym jeszcze dłużej był. Tylko czasami, a zdarza się to naprawdę rzadko, budzę się w nocy i znów wiem, dokładnie wiem kim jestem i dotykając swojej twarzy, rąk widzę znowu siebie i z radości mam ochotę krzyczeć. Więc krzyczę w poduszkę i tak bardzo się cieszę…

Wtedy też bardzo jasno widzę.

Widzę czym jest ta moja pisanina, widzę jak bardzo jest absurdalna; dziwię się sobie, prawie nie wierzę w jej istnienie, bo przecież po tym co nam się przydarzyło powinienem przeciwstawić się Tobie, a nie wyzbywać się sił w bezsensownej grze, która nie daje uspokojenia lecz systematycznie mnie zabija. Pomimo to, powtarzam: pomimo to nie przestaje myśleć o Tobie w ten szczególny sposób, jakiego się nauczyłem przez kilkanaście lat trwania naszej przyjaźni. Ale Ty już byś przecież widział, że nie chodzi tutaj o sentyment, lecz właśnie o to, że w nieludzki sposób związałeś mnie ze sobą i już nigdy nie będę mógł zostać zupełnie sam. I uwierz proszę, nie ma to nic wspólnego z przyrzeczeniem z czasów gdy byliśmy jeszcze dziećmi, zbyt młodzi by wyobrazić sobie to, co przyniósł listopad 199. roku, kiedy nasza relacja stała się bardziej skomplikowana i zaraz później Twoja śmierć, która nas na dobre rozdzieliła. Mnie pozostawiając jeszcze po stronie wspomnienia wypłowiałych wojskowych dresów w których chodziliśmy na stare forty, a Ciebie wymazała z życia.

Nigdy nie uwierzyłbym, że to właśnie mnie, nam mogłoby się coś podobnego przydarzyć. O tym się słyszy i wtedy ma się nienaturalnie spocone dłonie, ale my? Dlaczego my właśnie? Z trudem przypominam sobie przebieg tamtego dnia i chwilę kiedy samochód wyleciał z drogi. Być może wiedziałem to, albo ta wiedza gdzieś we mnie drzemie, nie pamiętam jednak nic prócz późniejszych śladów: nowej stalowej barierki na zakręcie, głębokich szarpanych kolein w nasypie i świeżych czerwonych cegieł w budynku leżącym wiele metrów poniżej. Pamiętam jeszcze fragment Twojej koszuli którą trzymałem kurczowo jeszcze wtedy, kiedy pokrzykując wieźli mnie na blok operacyjny, ale już nie to, że wyciągnąłem Ciebie z wraku, już nie przerażenie większe od wszystkiego co przeżyłem do tamtej pory i nie to, że chciałem pobiec daleko, uciec jak najdalej, by nie widzieć jak w świetle reflektorów pojazdów stojących na nasypie umierają Twoje oczy.

Obserwowałem dziś dokładnie to, co się działo na dole. Właściwie to nie było tak, jak napisałem. Nie tyle obserwowałem, co leżąc w łóżku wyobrażałem sobie odgłosy dochodzące stamtąd. Wiesz, kiedy Katarzyna wstała wcześniej niż zwykle, kąpała się długo i wyobrażałem sobie, że spaliła w łazience przynajmniej trzy papierosy. Później obudziła dzieciaki nie pozwalając im – inaczej niż zwykle – na przekomarzanie się i głośne narzekanie: na to, że znów trzeba się ubrać, a w ogóle za oknem jest ciemno i po co mają tak wcześnie wstać. Widziałem w wyobraźni, podejrzewałem, że cała trójka tam w dole czuła, że to dzień szczególny, choć wszystko odbędzie się jak zawsze. Katarzyna zawiezie dzieci do przedszkola, pożegna się starannie z każdym z nich. Julek będzie dopytywał przez ile to godzin nie będzie jej widział i zmartwi się bez względu na to, jak niska będzie to liczba, zaś Ania pobiegnie wesoło jak zwykle, dziś przeskakując między kałużami. A więc widziałem to jakby to już kiedyś się odbyło: zawiezie ich do przedszkola, da się wycałować na do widzenia i pójdzie za nimi kilka kroków póki nie znikną za załomem muru. Odczeka jeszcze kilkadziesiąt sekund aż zamkną się za nimi drzwi, a później wsiądzie do samochodu i pojedzie poza miasto.

Dawniej chciałbym to zobaczyć na własne oczy. Ale ta potrzeba zgasła dość szybko. Uczyłem się znaków zaszyfrowanych w jej zachowaniu, wystawiałem się na cierpienie trochę wbrew rozsądkowi. Ale dzięki temu wiem teraz, że człowiek reaguje na spotykające go nieszczęście inaczej, niż sam potrafiłby na trzeźwo wymyślić, zaś dopominanie się o rozsądek czy o logikę jest w takim wypadku pustym żądaniem. Działamy instynktownie unikając spojrzenia z nowej perspektywy na rozpadający się świat. Więc, wiedzieć nie miało sensu, a to że chciałem zobaczyć wszystko na własne oczy było tylko cząstką tej siły, która pchała mnie w chorobę.

Jak już napisałem, na początku chciałem zobaczyć to na własne oczy i udawało mi się to. Ból pojawił się wtedy, gdy byłem już zupełnie pewien skąd bierze się jej chłód i jej coraz bardziej rzucająca się w oczy nieobecność. Teraz widzę jasno, że nawet jeśli Katarzyna w danej chwili była obecna, przede wszystkim były długie, wyczerpujące godziny i dni milczenia. W którymś momencie było tego zbyt wiele, nawet dla mnie. Wtedy to zacząłem coraz natarczywiej i obsesyjne stawiać pytania, szukać w niej i w sobie odpowiedzi na nie. Aż do chwili gdy pewnego dnia straszliwe nieszczęście zabrało nam wszystko. Wtedy dokładnie zobaczyłem odpowiedź w jej oczach i zrozumiałem, nie wiem nawet jak, jakim sposobem; więc wiedziałem nagle, jakbym od zawsze wiedział jaki przebieg mają historie takie jak nasza. I wtedy stała się rzecz dziwna, gdyż poczułem ulgę i nie chciałem już by dalej mówiła, bo zrozumiałem, że istnieje rodzaj bólu, który nie znajduje wytłumaczenia i którego nigdy nie da się ukoić.

Dopiero piątego dnia po operacji wybudzili mnie ze śpiączki. Odzyskałem przytomność. Od pierwszej chwili widziałem wszystko bardzo wyraźnie. Od razu też wiedziałem dokładnie gdzie jestem i co się wydarzyło. To co miało zostać zapomniane pokrył ból. Bolało wszystko; to znaczy, miałem wrażenie, uczucie, że każda część mojego ciała została nienaturalnie skręcona i zmaltretowana. Próbowałem wołać, ale pewnie nie był to krzyk, bo długo trwało zanim otwarły się drzwi. Później lekarze, krzyki w korytarzu, migotanie aparatury. I znów przepaść, chyba dwa dni i wreszcie pełna łez radości i ulgi twarz mojej siostry.

I koszmar pytań.

Mówili, że ratownicy przyjechali już po kilkunastu minutach. Wszyscy zgodnie potwierdzają że jak na tą porę dnia miałem wielkie szczęście. Domyślasz się pewnie, jak głupawy wyraz twarzy musiałem mieć słuchając tych frazesów o szczęściu, patrząc na Ciebie z tej odległości. Znaleźli nas kilkanaście metrów od samochodu. Leżałeś na wznak, a na Tobie ja, przykrywając torsem Twoja twarz. Pozbierali mnie i zawieźli do szpitala miejskiego, ale zorientowali się szybko, że nie mają najmniejszych szans, więc śmigłowiec, a później sala w klinice uniwersyteckiej. Tam zajęli się moja głową, bo przecież jasne, że choć utraciłem mnóstwo krwi, tylko ta rana mogła mnie zabić. I tak pozostałem w klinice do końca lutego, z dwiema krótkimi przerwami, kiedy pozwolono mi pójść do domu, na co zresztą bardziej niż ja nastawała moja siostra.

Już wcześniej napisałem do Katarzyny. To było coś w tym stylu, że nie było w tym Twojej winy, że przypadek i los, ale zreflektowałem się i nie wysłałem tego listu. Wiedziałem, mogłem się domyślać, co się wtedy w niej działo, ale wiedziałem też, że nie jest sama i to zadecydowało o tym, że nie przywołałem jej. Lecz jeszcze na początku grudnia stało się coś, co odmieniło wszystko. Na salę weszła Wera mówiąc, że uznano mnie zdolnym do złożenia wyjaśnień przed policją, a zanim zdążyłem zapytać kiedy przyjdą, dodała, że ktoś jeszcze chciałby się ze mną spotkać. W pierwszej chwili błagalnie spojrzałem na nią by mnie oszczędziła, bo znów będę musiał kogoś wyrzucać z sali, jak to już miało miejsce wcześniej, ale nie. Powiedziała, że Katarzyna czeka na mnie, by ze mną porozmawiać.

Domyślasz się jak bardzo bałem się tego spotkania.

Skinąłem przyzwalająco, zanurzyłem się w pościel i czekałem. Musiała stać zaraz za drzwiami, bo weszła nim zdążyłem się przygotować. Weszła na salę i nic nie mówiąc położyła dłoń na moim czole i pocałowała je. Próbowała się uśmiechnąć. Poprosiłem ją gestem by usiadła na krześle obok łóżka, na którym siadał lekarz w czasie obchodu, a które Wera przysunęła do krawędzi łóżka wychodząc z sali. Katarzyna przeprosiła, że będzie mnie teraz męczyć, ale musi się dowiedzieć, musi ode mnie usłyszeć, jak to wszystko przebiegło. Opowiadałem powoli, rekonstruując szczegóły tamtego dnia i samej katastrofy, ona dopowiadała zaś to, co wynikało z oględzin samochodu, a czego nie mogłem wiedzieć, nie mogłem pamiętać; tak jak nie mogłem i nie chciałem pamiętać szczegółów naszej rozmowy, bo wiedziałem że nie chodzi tu o prawdę, ale o pamięć o Tobie. Tak więc mówiłem powoli i patrzyłem w jej załzawione oczy, w jej piękne kochane czarne oczy i płakałem razem z nią. I nie mogłem jej pomóc, nie mogłem już niczego więcej wyjaśnić.

Podnoszenie głowy wymagało wysiłku. Bezpieczny powrót do łóżka też. Nauka gospodarowania siłami tak, by jak najszybciej powrócić do codzienności. Żmudna, uciążliwa walka z ciałem wynosiła mnie na krawędź obłędu. Codziennie lekarze, dyskusje przy łóżku, zatroskana twarz Wery. I znów Katarzyna. Jak monotonna równina wzdłuż której przemieszcza się pijany wędrowiec. Nie mówię Ci nic, nie obiecuję Ci nic. Tam chyba po raz pierwszy dopadło mnie przeczucie, że najgorsze jeszcze przede mną, że jeśli istnieje elementarna sprawiedliwość, to jeszcze mnie dopadniesz, jeszcze okaże się jak bardzo zraniliśmy siebie, jak bardzo poszarpani zostaliśmy przez wydarzenia tamtego dnia i tamtej nocy.

Choć udawało mi się zapanować nad nudnościami i nie zapadałem w otępienie jak miało to miejsce po pierwszej operacji, ostrzeżono mnie w sposób dosadny i opisowy, że prawie na pewno wystąpią we mnie zmiany. Dotarło do mnie też, że nie ma pewności, jak duże są uszkodzenia systemu nerwowego i nie wiadomo, czy nie spowoduje to dalszych poważnych szkód w przyszłości. To miało wytłumaczyć dlaczego nie smakowało mi jedzenie, dlaczego prześladowały mnie nieznane zapachy. Padały łacińskie terminy, które skwapliwie notowała Wera, a ja z wielkiej odległości przysłuchiwałem się i poruszając po kolei wszystkimi kawałkami ciała chciałem wierzyć, że już nigdy ponownie nie będę musiał ich słyszeć. Uśmiechając się dowcipkowałem z lekarzami, z terapeutką i z Werą, bo przecież nie po to przeżyłem bym musiał tutaj wracać, nie po to przeżyłem, żeby ona miała się już zawsze o mnie bać…

Gdzieś w tamtym czasie Katarzyna powiedziała mi że spodziewa się Twojego dziecka, że nie zdążyła Tobie o tym powiedzieć, że pewnie dowiedziałbyś się o tym tego wieczoru, kiedy nie było nam dane już donikąd dojechać. Dodała też coś na kształt, że nie chciała rozmawiać z Tobą o tym przez telefon, że nie wiedziała jak zareagujesz. Zdaje się, że odpowiedziałem w konwencjonalny sposób, że bardzo byś się ucieszył, że na pewno bardzo tego chciałeś, a tak naprawdę drżałem z przerażenia, że znów wrócimy do rozmowy o tamtym dniu, a ja będę musiał jej coś powiedzieć. Wreszcie nie skłamię i powiem jej słowo po słowie całą prawdę.

Ale nie było prawdy. Wiedziałem, że bez względu na to, jak potoczy się jej życie, nie usłyszy słów, które byłbyś jej powiedział tamtego wieczoru. Po tym, kiedy wracając rozmówiliśmy się ostatecznie i usłyszałeś o mojej miłości do niej; a Ty, że zauważyłeś to już dawno, że to przecież jasne i nie masz pretensji, bo Ty to właściwie nie czujesz już nic, o czym od pewnego czasu chciałeś Katarzynie powiedzieć.

W pierwszych dniach stycznia byłem już w dobrej formie. Obie operacje przeszły bez komplikacji i tylko ostrożność lekarzy nie pozwoliła im wysłać mnie do domu. Niepokoił ich automatyzm moich zachowań, często pojawiające się deja’vu. Ale i te objawy miały wkrótce ustąpić. Katarzyna przychodziła rzadko. Myślę, że poważnie potraktowała zalecenia lekarzy i ograniczała kontakty ze mną ze względu na mój stan. Dopiero kiedy wyraźnie wyartykułowałem, że chciałbym widywać ją częściej przyznała, że chętnie mnie odwiedza. I tak zaczęła przychodzić nieomal codziennie, o różnych porach po to, by – jak mówiła – uniknąć rutyny. Tak naprawdę starała się unikać Wery i mojej rodziny, zbyt współczującej, a ona jak wiesz nie lubi takich spojrzeń. Najbardziej cieszyło mnie, kiedy przychodziła wczesnym przedpołudniem, kiedy urywała się z zajęć na uniwersytecie. Dawała mi odczuć, że robi to dla mnie, choć żartowała że to egoizm, bo ode mnie nauczy się więcej, niż od swych nauczycieli. I tak rozmawialiśmy o różnościach związanych z jej studiami, czasami dyskutowaliśmy, choć nie pamiętam już czy były to dyskusje uczciwe, czy po prostu prowokowała je bym nie myślał (i aby ona nie myślała nieustannie) o rzeczach i zdarzeniach którymi byliśmy związani. Pozwalałem by zadawała jak najwięcej pytań i odpowiadałem na nie chętnie; sprytnie nakłaniałem ją by sama jak najwięcej mówiła i cieszyło mnie, kiedy to się udawało, kiedy widziałem na jej twarzy uśmiech albo skupienie, kiedy zapalała się do jakiejś myśli i widziałem że jest tuż tuż, blisko mnie, po mojej stronie, a ja czułem jak moja miłość do niej rośnie, czułem, że coraz bardziej się w nią wtapiam i bałem się, naprawdę się bałem, że pewnego dnia przyjdzie chwila, że tama puści, a ja stanę przed Katarzyną bezbronny z powodu tej miłości.

Ale wtedy jeszcze nie doszło do konfrontacji. Pewnego dnia, a musiało to już być w drugiej połowie lutego, Wera przybiegła tryumfując, że znalazła dla mnie miejsce na rehabilitację i mam się pakować. I tak w ciągu kilku dni znalazłem się w pensjonacie w D. na wybrzeżu, gdzie mogłem godzinami spacerować, słuchać muzyki i czytać albo po prostu siedzieć w oknie i patrzeć na stojące na redzie statki. Wtedy też dowiedziałem się, że już nigdy nie będzie całkiem jak było, że zaburzenia które zdawały się zanikać mogą powtarzać się w przyszłości. Słuchając tego mrużyłem oczy, tęskniłem za Katarzyną; a później znów szedłem na plażę, marząc by zmaterializowała się w którejś z majaczących przede mną sylwetek, idących na moje spotkanie brzegiem morza, wśród rozwrzeszczanych mew i siekącego wiatru.

Kilka lat później miałem kłopot, by ustalić kiedy właściwie to się wydarzyło i przyznam się Tobie, nie potrafię powiedzieć z całą pewnością kiedy powiedziałem jej o moich uczuciach. Myślę, że było to wczesną wiosną, podczas któregoś ze spacerów, kiedy towarzyszyła mi w drodze z uczelni do domu. Była ubrana w obszerny sweter i żartowała, że jest tak gruba, że nie widać jej ciąży, że w tramwaju nikt nie ustępuje jej miejsca, a ja na to, że może przecież zostać u mnie zawsze wtedy, kiedy tylko przyjdzie jej na to ochota, a ona znów, że za gruba i tak w którymś momencie powiedziałem, że dla mnie była zawsze poza skalą i jest najatrakcyjniejszą kobietą jaką znałem. Tak mamrotałem przez chwile, póki nie pokryła tego żartem. I znów nie widzieliśmy się przez kilka tygodni, aż pewnego wieczoru na urodzinach Wery, stojąc na balkonie, gapiąc się na skąpaną w sodowym świetle ulicę, powiedziałem jej o wszystkich moich emocjach, pragnieniach i wreszcie jak bardzo ją kocham; patrzyłem jak różowieją jej policzki, jak nerwowo palcami pociera butelkę coli i łamiącym się głosem mówi, że bez względu na to co czuję, nie wyobraża sobie nas razem, bo to nie zdarza się w życiu, pewnie też nie w literaturze; a tak w ogóle to powinienem się mocno zastanowić, bo przecież nie mówię tego by z niej zakpić, a ona nie zgadza się by się nad nią litować ani tym bardziej nie zgadza się bym był z nią z poczucia winy, czy z powodu jakiegoś wyimaginowanego obowiązku.

Wydaje mi się, że sprawy potoczyły się dalej siłą inercji. Wera spędzała z nią coraz więcej czasu a ja, w miarę moich możliwości, pomagałem Katarzynie zaliczyć semestr. Dni i wieczory spędzaliśmy w tym samym co przed laty gronie przyjaciół. W jakimś sensie ten towarzyski krąg spowodował iż staliśmy się zależni od siebie i niepostrzeżenie przyszedł lipiec, kiedy urodził się Julek. Zbliżało nas to coraz bardziej do siebie, aż kiedy podczas któregoś ze spotkań wczesną jesienią w leśniczówce w K. ktoś rzucił za mną tatuśku wszyscy się głośno roześmiali, a ja patrzyłem w oczy Katarzyny i znalazłem w nich radość, ulgę i przyzwolenie.

Tylko przez krótki czas można pozwolić mężczyźnie bezkarnie wchodzić do sypialni. Z czasem przypadkowe muśnięcia zamieniają się w trwały dotyk, pocałunki aż pewnego wieczoru nie trzeba było ubierać się i wychodzić na mróz. Wkrótce po tym wracając do domu, wybierając ze skrzynki pocztę znalazłem tam złożoną na czworo kartkę zapisaną jej pismem: 'Ja Ciebie też!’. Oszołomiony wszedłem do mieszkania i zadzwoniłem do niej próbując odpowiedzieć na to wyznanie, ale zbyła mnie śmiechem, żartem jakimś. Krótko po zimowych feriach wyjechaliśmy jeszcze z grupą do S. na narty, a zaraz po tym Katarzyna wprowadziła się do mnie. Nigdy nie mówiliśmy o naszych uczuciach. To znaczy ona nie mówiła, a kiedy szeptałem do niej szukając potwierdzenia mówiła zawsze: 'karteczka’ i śmiejąc się zanurzaliśmy się w życiu. Niespodziewanie dla nas obojga odkryliśmy między sobą podobieństwa których istnienia nie podejrzewaliśmy i te podobieństwa stały się głównym naszym usprawiedliwieniem, a z czasem dominującą, dostrzegalną przez wszystkich cechą naszego związku. Podobieństwo braterskie, tak bardzo przypominające nas: Ciebie i mnie chłopców. Ono stało się kluczem do naszej codzienności, rytmu spełnionych dni. Katarzyna raz to wspierała mnie, raz to dla odmiany złośliwie recenzowała w prasie moją książkę. Ja wysyłałem ją na kursy języka i uczyłem jeździć konno. To otwierało nas na siebie: w rozmowach, w dotyku, w codziennym byciu. Muszę się Tobie do tego przyznać, Jul: zdawało mi się, że zapominam Ciebie, tak wielka była łatwość naszego bycia, tak bardzo przypominało ono wielką, nie potrzebującą zewnętrznego potwierdzenia miłość.

Gdzieś w połowie zimowego semestru, gdy byłem w S. robiąc jakąś chałturę dla Wallnera, zadzwoniła nagle z nerwowym zapytaniem, czy mógłbym przerwać zajęcia i wrócić, bo coś złego się z nią dzieje. Choć uspokajałem ją, że to przecież normalne w tak zaawansowanej ciąży, że przecież nie może popadać w histerię, bo jest w najlepszych rękach i nic złego nie może się przydarzyć, uległem w końcu i znów byłem przy niej. Kiedy teraz zastanawiam się nad tym, wiem że albo przegapiłem jakiś ważny moment w naszym życiu, albo zupełnie uśpiony nie zauważyłem, że oboje podlegamy istotnym przemianom. Przyjąłem na siebie wszystkie wyrzuty i dzielnie zniosłem oskarżenia o egoizm, ale wiedziałem już, pomimo tego że sam pomysł wyjazdu kiedy Katarzyna zaszła w ciąże był zły, nie on był powodem jej depresji. Wiedziałem, że w naszym życiu zachodzi zmiana z którą przyjdzie mi się w najbliższym czasie zmierzyć.

Zastanawiałeś się kiedykolwiek nad tym, że nigdy nikomu niczego nie próbowałeś ułatwić? Wracając z Austrii, śpiesząc do Monachium na ten przeklęty samolot; przebijając się przez śnieżycę nie mogłem pozbyć się myśli, że przeżyłem to już kiedyś, że chwila była mi znajoma i że jej nadejścia oczekiwałem. Nawet lęk przed tym, że w takich warunkach mam lecieć zniknął, a ja zadawałem Tobie ciągle to samo pytanie Jul; podświadomie oczekiwałem podstępu albo wyzwania ponad moje siły. Światła z lewej nitki autostrady nieprzyjaźnie mrugały, a ja jak mantrę powtarzałem Twoje słowa, że to naprawdę nic, to nie jest kobieta dla Ciebie, że przecież ona od dawna nic dla Ciebie nie znaczy. Trzy godziny później nie miało to zresztą i tak większego znaczenia. Lotnisko, taksówka i nie było już Ciebie, tylko zapewnienia Katarzyny że przesadziła trochę i już mocno przeprasza, ale tak naprawdę cieszy się bardzo, bo czuła się podle, zbyt dużo różnych myśli, a teraz może spokojnie położyć się przy mnie, bo już nie musi się niczego i nikogo bać.

Nie przypuszczałem że przyjdzie mi za to tak drogo płacić. Myślę że zniósłbym jej niezadowolenie, lęk i niepewność, zniósłbym jej pretensje, ale nie zrozumiałem ich. Odruchowo poddawałem się jej, bo wiesz przecież, że od zawsze byłem chodzącym poczuciem winy, choć może byłem po prostu zbyt głupi. Zapewne sądziłem, że podporządkowując się jej humorom, jestem w stanie zapobiec większym szkodom i powinienem po prostu przetrwać czas jej ciąży. Ale to się odbyło inaczej. Kilka tygodni przed rozwiązaniem uparła się by urodzić w W., by być blisko swej matki. Choć próbowała wyjaśnić to racjonalnie, odebrałem to jak skierowaną przeciwko mnie manifestację. Próbowałem wyperswadować jej ten pomysł, ale skończyło się jej wielkim wybuchem przeciwko mojej obojętności na jej stan i mojemu samolubstwu, jak to określiła. Tak. Próbowałem ją usprawiedliwić, ale uwierz mi, od mojego pospiesznego powrotu z S. nie rozpoznawałem jej, a ona zdawała się mnie nie zauważać, a jeśli już zauważała, to czułem w jej spojrzeniach wrogość, jakby obwiniała mnie o jakieś ogromne krzywdy. Aż w kwietniu ostatecznie wyjechała do W. Do matki. Nie próbowała niczego tłumaczyć, wyjaśniać. Zostawiła ze mną Julka, więc ja znów, jakby czepiając się ratunkowej tratwy, poszukałem usprawiedliwienia dla tego kroku i założyłem naiwnie, że przecież nie chciała bym obserwował ją w takim stanie. A gdy wróci znajdziemy do siebie drogę. Ale prawda była inna. Prawdą było to, że wtedy straciłem ją na zawsze.

Powtarzałeś często, że człowiek to liczba pojedyncza. To pasowało do Ciebie, w ten sposób unikałeś zależności. Myślę, że nawet nasza przyjaźń była do pewnego stopnia niefortunna dla Ciebie, odsłaniała Twoje emocje i zmuszała do dzielenia się życiem i okruchami z wielkim trudem odkrywanych prawd. Podświadomie zawsze wiedziałem, że jak nic innego w świecie, ta przyjaźń mnie wzmacnia. Ale to Katarzyna mnie dopełniała. Dlatego też kiedy po porodzie wróciła do domu, nie mogłem pogodzić się z poczuciem, że stałem się dla niej przeźroczysty. Nieudolnie starałem się nieść jej pomoc. Brała ją, a zaraz później zbywała mnie tak, jak się z ubrań strzepuje robactwo. Żadnych pytań, żadnych odpowiedzi. Tuliłem do siebie Anię i przeklinałem siebie, przeklinałem Ciebie i ten cholerny świat. Nocami skamlałem, szukałem ukochanej kobiety, a znajdowałem kukłę która porusza się na niczyje zawołanie.

Przestrzegałeś mnie, że niedobrze jest za dużo rozumieć. Ale nie przestrzegłeś mnie, że nie móc zrozumieć jest gorsze. Zresztą, może dla Ciebie nie miało to aż tak wielkiego znaczenia. Zapewne dlatego że byłeś daleko bardziej praktyczny niż ja. Ale Ciebie nie było, a ja żyłem dalej próbując odtworzyć porządek sprzed lat. Nic nie otrzymując, przestałem żądać i w ten sposób powstała iluzja że mam wszystko. Część mnie miała moja praca, rosły dzieci. Julek był jak Ty, a coraz bardziej mną stawała się Ania. Gdzieś w tym czasie Katarzyna wyjechała z nią na wakacje do swojej rodziny, a ja z Julianem zostałem w mieście. To był czas w sam raz dla mnie i w sam raz dla sześciolatka. Braliśmy rowery i jechaliśmy w nasze stare ulubione miejsca na fortach. Uczyłem go włazić na drzewa, albo całymi godzinami leżeliśmy w trawie jedząc lody i czytając książki. Pewnego razu wracaliśmy ścigając się jak zawsze, a Julek wyrwał się do przodu. Zanim zdążyłem go ostrzec, wjechał w wyjeżdżający z posesji samochód.

Uwierzysz, że istnieją zdarzenia których po prostu nie pamiętam? Nie potrafię usprawiedliwić siebie, bo nie pamiętam zdarzeń. Nawet, jeśli wiem, że winna była ta kobieta w audi, nie pamiętam jak to się stało. Chciałbym móc powiedzieć że ujawniła się choroba, albo że uciekam w chorobę, ale to nieprawda. Walczyłem o niego tak jak walczyłem o Ciebie. Moje próby ocalenia go, wysiłki ratowników i przerażające długie minuty w szpitalu, gdzie lekarze usiłowali go ożywić. Lecz on sobie poszedł. Pomimo że przemierzyłem kilometry korytarza powtarzając sobie jak mantrę i modlitwę: żebyś żył, żebyś żył. Jego śmierci nie potrafiłem zapobiec, tak jak nie zdołałem uratować Ciebie. I nie potrafię tego usprawiedliwić. Odebrałem Katarzynę z lotniska. Obolałą, obcą. Wykrzyczała tylko: co ja mogę wiedzieć o jej bólu, przecież nie był moim dzieckiem i zapadła się jeszcze bardziej w siebie. Tak jak ja. Nie wiem jak znalazłem się w domu. Krążyłem po gabinecie długo, nie pamiętam ile dni, aż z dołu usłyszałem ich głosy, usłyszałem jak cała trójka załatwia swoje codzienne sprawy. Wtedy zbiegłem na dół, najpierw do salonu, a później do pokoju, który kiedyś był mój.

Teraz wiem, że nie powinienem się wtedy zdziwić, bo to zostało przed laty zapowiedziane. Przecież znałem wszystkie schematy. Puste mieszkanie w którym stałem wyglądając przez okno na ulicę. Zamknąłem oczy. Było śmiertelnie cicho, dopiero po dłuższej chwili zaczęły z zewnątrz dochodzić do mnie przytłumione dźwięki. Stałem przez dłuższą chwilę z opuszczonymi powiekami, a gdy na powrót podniosłem je, zamiast pustki moje oczy napotkały ścianę. Materialną i rzeczywistą. Nie była tak biała jak ją zapamiętałem z przeszłości. Miała inną barwę, intymną i bliską. Niemożliwą do zidentyfikowania, lecz mimo to swojską. I wtedy poczułem lęk. A może inaczej: najpierw zacząłem rozumieć, a później zacząłem się bać. Odwróciłem się i spojrzałem w lewo. Leżałem na łóżku równolegle do linii okien, dwóch oddalonych od siebie o dobre dwa metry staroświeckich okien podzielonych krzyżem szprosów na niesymetryczne tafle, za którymi prószyła słabym, żółtawym światłem latarnia. Leżałem bez ruchu zwrócony w jej stronę. Nie patrzyłem na siebie, bałem się spojrzeć na siebie i pozostałem tak dość długo, stojąc ze wzrokiem przykutym do przeciwległej ściany, walcząc z przyspieszonym oddechem, poddając się, wiedząc że wszystko potoczyło się inaczej niż sobie obiecywałem, że pozostanę tak już na zawsze, patrząc bez końca na okna wychodzące na oświetloną słabym światłem ulicę.

1982 – 2010