Ten sam zmierzch


W zasadzie nie mógł postąpić inaczej. Przyjął propozycję Marty i przystąpił do zespołu. Trzy miesiące na przygotowanie przedstawienia i tak wydawało mu się być mało. Potrzebowała pierwszorzędnego składu, a wiedział – chciała zebrać najlepszych. Musiała do niego przyjść. Zresztą nawet jeśli nie chciała wiedzieć, donieśli jej w jakim jest stanie, więc bez trudu odszukała go w knajpie w Śródmieściu. Nie boisz się że ten świat Cię w końcu dopadnie i rozszarpie? – zapytał jeszcze, a później gdy odeszła poczuł, jak po spirali ulatnia się z niego alkohol. Podążył za nią ścigany od stolika pijacką wiązanką grubych przekleństw. Wyszedł na lśniącą w blasku elektrycznych lamp ulicę. Jeszcze kilka miesięcy temu stały tu wypalone domy, dziurawe i ślepe. Nawet jego pijane oczy widziały, że ślady zniszczeń zniknęły, jakby nigdy nie było wojny. Tylko ten brak przechadzających się ludzi. Jak na cmentarzu. A może jednak była?

Następnego dnia wyszedł wcześnie, by być na czas, tak jak się umówili. Podjechało kilka biało oznakowanych tramwajów i odjechały bez niego. Prawie puste. W końcu wsiadł, a raczej wbił się w ten właściwy, który był zatłoczony tak, że nie rozpoznawał czy ludzie stoją w nim, czy wiszą u sufitu. Jak zgniecione marionetki. Zaduch był nie do zniesienia. Wytrzymał tylko dwa przystanki. Wysiadł i ruszył w dalszą drogę pieszo. Wrażenie z wczorajszego wieczoru prysnęło. Domy tutaj były inne. Straszyły liszajami i wojennymi ranami. Jakby to było inne miasto. Jakby to był inny cmentarz. Tego wrażenia nie mógł zmienić nawet widok bogato ubranych, roześmianych paniuś i ich absztyfikantów głośno śmiejących się w kawiarnianych ogródkach przy Lesznie. Dotarł na miejsce. Drzwi otworzył mu Piotr. Bezceremonialnie zdjął z niego palto i zaprowadził do salonu mówiąc, że zgromadzili się już wszyscy. Rzeczywiście. Wyglądało na to, że w tym lichym mieszkaniu na Żelaznej zebrał się kwiat młodzieży, który mógłby ozdobić niejeden europejski salon. Kłócili się. Podnosili głos. Ktoś przeklinał Quislinga i Hachę. Napotykając spojrzenie Żora ostentacyjnie odwrócił się do niego tyłem. Marta przytomnie zaprowadziła go do pokoju obok. Bez słowa podała mu manuskrypt. Przycupnęła na małym krześle w kącie, podczas gdy on zaczął czytać, chodząc jak zwykle, wzdłuż ściany i okien wychodzących na szare podwórze. Przyglądała mu się badawczo. Widziała teraz, gdy Żor chłonął tekst, sięga sensów, widziała z całą jasnością że nie mogła postąpić lepiej, że został złapany i przez tę jedyną ze sztuk. Tekst, który zabiera ich oboje po raz kolejny w podróż. Obserwowała jak uśmiecha się do siebie pochłaniając dialogi, wiedziała że w myślach szkicuje, buduje scenę za sceną: obraz i kształty postaci. Ale nie wiedziała, że Żor myślał też o tym, że nie jest tak przebiegła jak jej się wydaje. Zatrudniając go przyzwoliła na świat zbudowany na podobieństwo jego światów. Tych misternych konstrukcji hermetycznych i ściśniętych.

Jeśli trzeba było dwa razy wyrazić zgodę, to on ją wyraził trzy razy. Jeszcze tego samego dnia wrócił do Śródmieścia, by przygotować do wywózki to, co niezbędne w nowym miejscu. Piotr sprawnie zajął się pakowaniem i zorganizował na następne dni transport, tak więc mógł zamknąć się w swojej pracowni i od razu poświęcić się pracy. Więc o to chodzi! Śmiał się plamiąc farbą ręce, wypełniając opuszkami palców kontury szkiców marionetek. Już dawno zauważył ten niepozorny, zawoalowany ruch. Krzątaninę robotników i sterty cegieł przy przejściach w murze. Teraz miał już pewność, gdyż spostrzegł, że dziś ściany są wyższe, niż te które budowano wcześniej. Poczuł presję, bo przecież musi zdążyć, być może zdąży znów wejść w swoje życie, w ostatecznym momencie, bo druga szansa się nie powtórzy, zresztą on wie to na pewno, nie zdarza się nigdy, więc w zasadzie niezrozumiałe że cieszy się, że zdąży do końca listopada, choć zaczekaj – Żor uśmiechał się znów – teraz będzie tylko gorzej! Widział przecież jak na ulicach przybywa nędzy, jak nieznośny staje się tłok.

Nie próbował wtrącać się do ich rozmów. Wystarczało mu, że może słuchać Marty, obserwować ją znów i czuć jej stałą obecność. Starał się unikać mieszkania na Żelaznej. Wtedy po jednym albo dwóch dniach jego nieobecności przychodziła do niego. W październiku już prawie nie wychodził na zewnątrz. Pracownia którą mu przydzielono znajdowała się w domu administrowanym przez polskiego zarządcę. Gdy wprowadzał się, ten rozpoznał go, znał jego prace i nazwisko. Zdziwił się trochę witając takiego najemcę i w jakimś wyimaginowanym powinowactwie, w sztucznie uniżony sposób, dał mu niezliczoną ilość rad. Stanowczo zbyt dużo mówił. Żor pomyślał, że może i on zdąży, może wystarczy mu konsekwencji by powiedzieć jej o tym, zanim będzie musiał odejść. Albo nie, może wybierze pozostać na chwilę przy życiu, wśród tych bliskich ludzi, którzy kochali go, bo widział to od lat w twarzach Anieli, Daniela, Piotra czy Rachel szczególnie w chwilach, gdy brał do ręki szpachle czy pędzel albo gdy opowiadał co się dzieje w nim i w świecie kiedy jest z nimi, kiedy maluje, kiedy pisze. Ale teraz może być inaczej, bo zobaczą z całą oczywistością jak bardzo są bezbronni; zrozumieją że w jego obecności ukryta jest prawda po którą nie mają odwagi sięgnąć. Tak jak nie zauważają, że na ich oczach powstaje monstrualnych rozmiarów więzienie dla setek tysięcy bezradnych ludzi.

Zdecydowanie bardziej mu odpowiadało, gdy przychodziła do niego. Nie lubił tych chwil, kiedy spotykając się na próbach zbliżali się do siebie. Nie lubił gdy ich głosy i gesty rozjaśniały się, kiedy jak dawniej stawały się zdecydowane i zgrane. Nie lubił tego, że byli zupełnie jak przed laty, kiedy tworzyli teatr. Nie lubił kiedy po próbach zostawali w najbliższym, małym gronie. Piotr wykorzystywał jego obecność i pojawiającą się iluzję udziału, również wykorzystywała to Rachel, by umocnić wrażenie że wszystko jest tak, jak było przedtem. Ale wszystko prócz niego było inaczej. Nie było miłości Marty. Więc może i on był inaczej. Nie mogła tego zmienić jej decyzja by trwać przy nim, by – w jej mniemaniu – ochraniać go, choć tak naprawdę tracił już nadzieje, że zrozumie w końcu jak bardzo protekcjonalne jest jej zachowanie, tracił nadzieje że zrozumie że jej wysiłki są zbędne, bo udawane było zagubienie Żora, tak jak też udawany był jego alkoholizm. Nieudawany za to był jego wybór, którego dokonał wracając do niej po to, by po raz ostatni pochylić się nad nią, nad ich kruchym wspólnym życiem. To była tylko jego decyzja. Niósł ją w sobie wracając po raz ostatni do Śródmieścia. Bez emocji patrzył na krzątaninę na mieście i myślał o tym, jak długo jeszcze te nieliczne przelotowe ulice pozostaną otwarte, myślał o tym jak będzie wyglądał świat, gdy w końcu je zamkną, albo gdy staną na nich posterunki.

Odwiedziła go późnym popołudniem. Opowiedział jej, jak to zarządca skarżył się, że Judenrat przejmuje kontrolę nad domami i usuwa siłą polskich zarządców, nie dbając o to, że pozbawia ich środków do życia. Nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Zresztą, nie zauważyła też, że w marionetkach sportretował ich rysy. Może powinien mówić dalej, ale była i tak głucha. Powtarzała w kółko tę sama mantrę, a on miał dość jej opowieści o cywilizacji, o amerykanach, o Vico i o obowiązkach. Zmieniło się wszystko. Nie potrafił już, a potrafił w przeszłości, przebić się przez jej wyższość, kiedyś udawało mu się to bez trudu. Tak jak udawało mu się przeciwstawić nihilizmowi Rachel, kiedy obserwował, jak patrzy zakochana w romantyczny świat Piotra. Ale patrzyła też wprost w jego oczy, w nierealny i niemożliwy świat Żora. Może to Rachel była szansą, bo to ją pewnej nocy podniósł i w bezlitośnie zimny sposób przeprowadził przez otchłań strachu i rozpaczy. Odprowadził Martę. W bramie stała grupka mężczyzn z daleka kierujących bandą małych żebraków. Po raz kolejny spróbował wpłynąć na nią, by przeszła z nim za mur. Jeszcze to było możliwe, miał przygotowane dla nich paszporty i szwajcarskie wizy. Odpowiedziała jak zawsze. Po raz kolejny wyłożyła mu, jak żałosna jest jego próba odzyskania jej, jak bardzo nieuczciwie wykorzystuje sytuację.

Patrzył w oczy Sajetana. Cieszył się, że nie potrzebuje powietrza, na które Żydów nie będzie za chwile stać. Sprawdził jeszcze czy powieki wystarczająco łatwo poddają się sznurkom, poprawił kształt brwi. Patrzył na wydobytą z lipowego drewna twarz Sajetana, na swe odbicie, raz jeszcze na twarz Sajetana myśląc, że to już ostatni gest w kierunku Marty. To miał być zabawny żart albo prezent, tak myślał przynajmniej nadając lalce swoje gojowskie rysy. Teraz jednak chciał tylko uspokoić ją, zrekompensować swoja nieobecność, którą spostrzeże rano wchodząc do pracowni by odebrać marionetki; zostawi w Sajetanie cząstkę siebie. W Sajetanie połykaczu ognia, w Sajetanie stręczycielu wydarzeń, w Sajetanie niepoprawnym optymiście i mędrcu – jedynym który potrafił we właściwym momencie odejść. Zupełnie odwrotnie niż on, który tylekroć próbując, nie potrafił uwolnić się od tej wyniszczającej go miłości. Do teraz. Żor poczuł, że odnalazł wreszcie ową zaklętą formułę, a w niej szansę na przerwanie tej potwornej projekcji, która zaczęła się w jego umyśle i tylko z nim mogła się skończyć.

Rankiem 15 listopada zaczęto zamykać przejścia i bramy w murze łączące stronę aryjską z gettem. Poszedł znów na Żelazną. Piotr pomstował, że izolacja to absurdalny pomysł, który nie może się utrzymać, bo to koniec wymiany, koniec handlu i z tego pomysłu Niemcy wcześniej czy później będą musieli się wycofać. Nie przyjmował do wiadomości tego, że zamknięcie getta to koniec wojny, to konanie z głodu i chorób. Patrzyli na niego jak na obłąkanego. Ale nie Rachel. Wyszła z Żorem. Bez zbędnych słów podał jej przygotowane wcześniej zawiniątko. Nie musiała zgadywać co w nim jest. Odprowadziła go do drzwi pracowni, ale nie pozwolił jej wejść. Powoli poszedł na górę. Zmierzchało. Bez pospiechu siadł do pracy. Zdziwił się, jak bliski jest koniec. Połączył głowę z tułowiem. Ostania kosmetyka i kilka drobnych czynności by Sajetan ożył i spojrzał na inne lalki z przedstawienia Marty, figurki zwieszone pod więźbą dachu, już przygotowane do ostatnich prób i premiery za dwa tygodnie. Gotowe do spełnienia swej misji. Teraz dołączył do nich Sajetan, główna postać tego przedstawienia. Dotykając go Żor uśmiechnął się, naprężył sznurki, patrzył w jego lipowa bladą twarz, jakby szukając lustra, znajdywał za bakelitowymi oczami powagę i pewność Sajetana. I przerażenie Marty, która rano, przychodząc po lalki, znajdzie Sajetana siedzącego przy warsztacie wśród farb, gałganów i kawałów drewna. Tam znajdzie Sajetana, a w głębi, w półmroku bo okiennice są przymknięte, jedenaście marionetek powieszonych w równym rzędzie pod więźbą dachu, kołyszących się w przeciągu, który wywołuje swoim przyjściem, a który porusza dziesięcioma z jedenastu ciałami.

1985 – 2010