Po odejściu Tamary napisał: „Ten dzień niczego nie zmieni”. Wpatrywał się w rozlane na białej serwetce litery, starannie unikając wzrokiem miejsca, na którym jeszcze przed chwilą siedziała, jakby jego oczy nadal prowadziły rozmowę.
Ale jej już nie było.
Zostawiła go samego, z butelką, bardziej pustą niż pełną (może to alkohol, pomyślał nawet w pewnym momencie), i miał pretekst, by zamówić następną. Bez względu na to, jak mocno z tym walczył, nie był w stanie odpędzić myśli, że niepotrzebnie pozwolił jej zbliżyć się do siebie tak bardzo.
Sięgnął po butelkę i po kieliszek.
W pół drogi zorientował się, że minęło już trochę czasu, od kiedy został sam.
Omiótł wzrokiem salę.
Była prawie pusta.
Kilka osób przy stolikach, wszyscy zatopieni w rozmowach. Dziewczyna siedząca przy barze przepiła do niego. No tak. Pewnie sprowokował ją, zawieszając na niej wzrok. Niepewnie zgniótł w ręce serwetkę. Słyszał jeszcze wyraźnie brzmienie swego głosu. „To absurdalne tak rozmawiać” – pomyślał nawet w pewnym momencie, wytrzymując dziesiątki różnych spojrzeń Tamary.
Czuł, jak narasta w nim złość – na samego siebie. Złość, która rozlała się w nim, kiedy odchodząc od stołu, zawróciła jednak, pochyliła się nad nim i cicho powiedziała: „Nigdy nie będziemy ze sobą!”.
Ale czy wczoraj było właściwie inaczej?
***
Wyszedł ze spotkania zmęczony i zły. Sprawa fabryki Ferrero była przesądzona, warunki przejęcia uzgodnione, więc nie było już miejsca na dalsze negocjacje. Jego podpis miał być na umowie, więc zadbał o to, żeby ze strony Włochów nie było pretensji w przyszłości. Mieli jeszcze przez trzy lata zostać w firmie i chciał mieć pewność, że Federico Ferrero, z którym przez kilka ostatnich lat wszedł w pewną zażyłość, nie będzie miał urazy o to – wrogie w sumie – przejęcie.
Rozumiał co to wartość, co to wiedza, majątek i ludzie. Ale tutaj chodziło już tylko o to, by banki poczuły się lepiej. W końcu kupowali udział w rynku – tylko to im szło. A on? Miał dewastujące wrażenie, że istota umowy została przez wszystkich opacznie zrozumiana. Jego prawnicy i doradcy Ferrero, rzucili się na siebie: jedni szukając tryumfu, drudzy – w poszukiwaniu szansy.
W takich chwilach kobiety irytowały go najbardziej. W zasadzie było już po wszystkim, a one szukały krwi, na polu bitwy rozstrzygniętej przez mężczyzn. Patrzył przez przeszkloną ścianę na siedzące obok siebie, w dokładnie wystudiowanych pozach wiedźmy i zastanawiał się nad tym, czy kiedykolwiek był podobny do nich.
Ale nie był. Żaden mężczyzna nie był. Każdy z nich walczył tylko tak długo, jak długo wymagał tego plan. Ani sekundy dłużej. Te kobiety były zupełnie inne. Zbyt młode, zbyt ostre, zbyt bystre. Miał przy tym wrażenie, że rzucały się na wszystko – jak popadnie.
O tak. Naprawdę wydawały mu się wszystkie takie same.
Zakładał, że Federico widział to samo: jego negocjatorem też była kobieta. Przemknęła gdzieś korytarzem, daleko poza zasięgiem jego wzroku. Nawet nie zdołał się przywitać. „A więc w ten sposób szuka szansy” – pomyślał lekceważąco.
Wystraszył się tej myśli. Wcale nie był taki.
Zanim oficjalne spotkanie się zaczęło, Ferrero wyszedł za nim na balkon. Zbliżył się na dwa metry, zaczynając przyjacielski small talk.
Nie, nie mógł wykluczyć, że Federico chciał coś powiedzieć na temat tych kobiet – i to by było w porządku. Ale on po prostu się denerwował: wyrzucił z siebie zbyt wiele niepotrzebnych słów naraz i Heiko natychmiast wiedział, że następne nie będą już szczere.
Nieuprzejmie machnął na niego dłonią. „Jednak się nie pogodził” – pomyślał. Wrócił do sali konferencyjnej. Harpie rozsiadły się przy stole. Wyszedł na korytarz nie żegnając się z nikim.
Szybkim krokiem w dół schodów.
***
Wszystko szło dziś nie tak. Spóźniony wylot z Kolonii, brudny pokład, awantura na naradzie przed spotkaniem z Ferrero, gdzie próbował jeszcze ratować mu twarz. Niepotrzebnie: wchodząc na salę usłyszał złośliwe: Eh bien, le Monsieur Non est arrivé !
Pan „Nie”.
Załatwił to po męsku – raz podniósł głos. Prawnicy poszli na rozmowy, a on zbiegł po stopniach. Zmęczony i zły: to, co się działo na górze, przestało go interesować. Miał przed sobą jeszcze sporo pracy.
Drzwi do swojego biura zamknął za sobą głośno.
Wszystko było dziś nie tak, jak być powinno.
Gdy kończył raport, za oknami zmierzchało. Uporządkował papiery, zamknął komputer i – wychodząc – wyciągnął ze schowka walizkę. Budynek wydawał się zupełnie pusty, ale to mogło być złudzenie: za drzwiami gabinetów był jeszcze ruch. Albo iluzja ruchu. A to go nie dotyczyło.
Rzucił kartę magnetyczną na ladę recepcji. Doris zapytała, czy nie podwieźć go do hotelu, ale pokręcił przecząco głową.
Na Stallestraat złapał taksówkę.
Wrzucił torbę na tylne siedzenie i wsunął się do środka.
Do hotelu było mniej niż dziesięć minut jazdy, na tyle mało, że kierowca nie zadał sobie trudu go zagadnąć. A może problem był w nim? Zmęczenie pomieszane z rozczarowaniem.
Rozsiadł się na kanapie i skierował myśli na siebie.
Listopad był ciepły, jak gdyby lekceważył kalendarz. Ale to zauważył już wcześniej. Teraz? – Nie mógł się doczekać chwili, gdy będzie w hotelu, zrzuci z siebie garnitur i usiądzie sam na sam ze sobą. A może wyjdzie na miasto?
Stellestraat była o tej porze pusta. Szybko dotarli do skrzyżowania z Chaussee d’Alsemberg.
Rozświetloną Avenue Brugmann dojechali do County House.
Tuż przed hotelem taksówka utknęła na wąskim podjeździe, zablokowana przez Peugeota na paryskich numerach. Zniechęcony poprosił kierowcę, by zakończył kurs. Chciał zapłacić i podejść te kilkadziesiąt metrów do hotelu. Nic z tego. Taksówkarz wdał się w pyskówkę z kierowcą Peugeota.
Znużony opadł na siedzenie. Patrzył. Przed wejściem do hotelu trzy taksówki wypluwały pasażerów. Od strony De Frélaan podjechała następna – dyskusja z lewej strony trwała w najlepsze.
Oliwkowy Mercedes wjechał na wolne miejsce przed nimi i się zaczęło: obaj kierowcy na kierowcę samochodu po prawej.
„Oni chyba oszaleli!” – pomyślał, i zdecydowanie poprosił o rachunek.
Ale zanim taksówkarz zareagował, podjazd był wolny.
Stanęli za Mercedesem. Otworzył drzwi i pochylili się ku kierowcy, żeby odebrać rachunek. Mercedes w tym czasie odjechał.
Prawie równocześnie wysiedli z samochodów.
Szła w kierunku wejścia silnym, wystudiowanym krokiem, równo stawiając stopy.
Ubrana była krótki, brązowy płaszcz, obcisłe niebieskie dżinsy i zamszowe, jasne botki do połowy łydki. Jej czarne włosy falowały sprężyście w rytm kroków. Podczas gdy zatrzaskiwał za sobą drzwi samochodu, ona była już przy wejściu do hotelu.
Przyjąłby każdy zakład, że widział ją już wcześniej.
Jej chód. Sylwetka.
Bezszelestnie otworzyły się pierwsze drzwi, wszedł w nie zaraz za nią – podbiegł prawie. Potem następne, ale były głośne.
Do recepcji podeszli niemal równocześnie.
Oparł się o kontuar.
Widział jej profil. Słyszał jej włoski akcent. Odbierając klucze, odwróciła się w prawo, w jego stronę. Przez chwilę stali naprzeciwko siebie. Na ułamek sekundy ich oczy się spotkały – jej odeszły pierwsze. Ciągnąc za sobą dużą, podróżną torbę na kółkach, zmierzała powoli w kierunku windy.
Heiko odbierał klucze.
Spotkali się przy windzie. Nie dało się udawać, że się nie widzą. Wymienili uśmiechy. Ale ona uśmiechnęła się trochę inaczej.
Drzwi windy się rozsunęły i puścił ją przodem.
Weszli do środka.
Równocześnie sięgnęli do klawiatury. Ich palce spotkały się przy trójce. Nacisnął przycisk. Każde z nich oparło się plecami o swoją ścianę windy. Patrzyli na siebie – bez słowa. Do trzeciego piętra.
Wypuścił ją przodem. Skręciła w prawo. On wolnym krokiem za nią: 312, 314, 316. W myślach mijał pokoje. Stanęli w końcu korytarza. Drzwi do jej pokoju po prawej stronie, do jego – na wprost.
Drzwi zamknęli za sobą równocześnie.
Na zewnątrz było już zmrok. Zapalił światło, rzucił torbę na duże, podwójne łóżko. Rozsunął drzwi balkonowe. Wyszedł na zewnątrz. Okna wychodziły na De Frélaan. Te z jej pokoju – też. Jak ze wszystkich pokojów w tym trakcie. Tworzyły fałszywą loggię, obiegającą piętro. Między balkonami grube szyby z nieprzezroczystego, brązowego szkła.
Wrócił do pokoju.
Zasunął drzwi. Zostawił w nich wąską szczelinę, tak na szerokość stopy, żeby przewietrzyć pokój. Rozpakował torbę, zawartość ułożył w szafie przy wejściu. „Cztery dni” – pomyślał.
Kate już nie zauważała jego nieobecności. Tak jak jego obecności. Ożywiała się tylko, gdy wpuszczała do domu kota. Albo gdy go wypuszczała.
W przedpokoju zsunął buty.
Włączył telewizor, bezmyślnie przerzucił kilka kanałów. W tej samej chwili usłyszał, jak się rozsuwają drzwi balkonowe sąsiedniego pokoju. Podszedł do okna. Światło z pokoju po prawej kładło się na szklaną ściankę w taki sposób, że widział cień postaci zbliżającej się do barierki.
Zgasił wszystkie światła – została tylko poświata telewizora. Cień? Zawahał się i po chwili wrócił do pokoju.
Usłyszał przesuwanie drzwi.
Zapalił światło. Nie zastanawiał się: odsunął drzwi i wyszedł na zewnątrz. Podszedł do krawędzi balkonu, wychylił się mocno, żeby spojrzeć na drugą stronę ścianki.
Było ciemno. Nikogo. Nic.
„Cholera, co ja wyrabiam?!” – pomyślał, i zmieszany wrócił do siebie. Zasunął drzwi, zostawiając w nich – tak jak poprzednio – wąską szparę.
Rzucił się na łóżko.
Minęło kilka minut – pojedyncza chwila. Drzwi w sąsiednim pokoju powtórnie się rozsunęły. Nie wstał. Leżał. Wsłuchiwał się w odgłosy dochodzące z zewnątrz. Ale słyszał tylko ulicę. Czuł, jak przyspiesza mu serce. Leżał i czekał bez ruchu. Tak: usłyszał znajomy odgłos zasuwanych drzwi.
„To się nie dzieje” – wymamrotał.
Sprężył wszystkie mięśnie i się podniósł, usiadł na krawędzi łóżka. Został tak przez chwilę, zastanawiając się, o co tu chodzi. W końcu zdecydował – i wstał.
Zapalił wszystkie światła.
Najpierw do przedsionka po buty. Zawahał się między tym już założonym, a drugim. Krótko. Nagle, jak gdyby nabrał pewności, nasunął but i ruszył w kierunku okna.
Rozsunął drzwi.
Był znów na zewnątrz. Drżał, ale zrzucił to na wieczorny chłód, jak gdyby dopiero teraz poczuł listopad. Stał chwilę, patrzył przed siebie: na ulicę i na odległe budynki po przeciwległej stronie. Zerknął w prawo, gdzie było ciemno. Odwrócił się i podszedł do ściany swojego pokoju. Chwycił za uchwyt. Zasunął od zewnątrz drzwi.
Bezgłośnie podszedł do balustrady.
Teraz marzł naprawdę.
Gdyby kazano mu tę chwilę zaprojektować, zabrakłoby mu wyobraźni: była bardziej dziwaczna od każdej wymyślonej rzeczywistości.
***
W pokoju obok zapaliły się światła. Odsuwanie zasłon i szuranie drzwi. Przez zobaczył cień zmierzający do barierki. Wyraźnie go widział: przemieszczał się wzdłuż szklanej ściany i zmierzał do krawędzi balkonu.
Tam postać się zatrzymała.
Położyła dłonie na na balustradzie.
Teraz wyraźnie widział jej figurę, cień jej włosów: wspięła się na palcach, przechyliła do przodu i spojrzała w jego stronę.
Patrzyli na siebie.
– Jestem Heiko – powiedział, patrząc w jej oczy.
Przez niego przeszła fala gorąca. Nie pojmował, jakim sposobem wyrzucił z siebie tę francuską frazę.
– Wiem – odpowiedziała – byliśmy już sobie przedstawieni. Widziałam cię już wcześniej. Wiele razy.
Jej głos brzmiał pewnie i zdecydowanie. Tak. Ona to zaplanowała.
– Heiko Lehna, prawda? – zapytała, kierując głowę na De Frélaan.
Skinął głową, kierując – jak ona – wzrok na plac. Żadna z myśli nie chciała zamienić się w słowa.
–- Chcesz tutaj dalej marznąć? – zapytała w końcu, przechodząc na niemiecki.
Pokręcił przecząco głową.
– Nie tutaj – odpowiedział. – Przeszkadza mi szyba.
Uśmiechnęła się, odsłaniając duże, silne zęby.
– Dobrze – powiedziała, – za pół godziny w lobby.
Wszedł do pokoju, zasunął drzwi i opadł na łóżko. Znał ją. Znał postać, twarz. „Wiele razy?” Wstał i poszedł do łazienki. Nie było czasu na prysznic. Obmył się tylko i zmienił koszulę. Na nią – lekki sweter. Całkiem bez planu pokręcił się po pokoju, w poszukiwaniu marynarki. Znalazł ją w przedsionku, leżała na stojaku na buty. Schylił się i wyciągnął z kieszeni portfel. Otworzył go. Sięgnął po zwitek banknotów. Odliczył trzy tysiące franków. Po chwili zastanowienia dodał jeszcze banknot z Hortą. Portfel wsunął z powrotem do kieszeni.
Nigdy nie zabierał dokumentów na miasto.
Wychodząc z pokoju, na miejscu kurtki powiesił marynarkę. Pieniądze włożył do zewnętrznej kieszeni na piersi.
Wychodząc podszedł do jej drzwi, zbliżył do nich ucho: nic nie usłyszał. Wolnym krokiem do windy. Nacisnął parter – windy utknęły gdzieś na wyższych piętrach. Odczekał chwilę. Zniecierpliwiony bezruchem odszukał klatkę schodową.
Stopnie wyłożone dywanem. Zbiegł.
Przez wahadłowe drzwi – do lobby.
Był przed nią. Usiadł na jednej z kanap we foyer – żeby móc obserwować windy. Kurtkę rzucił na fotel obok. Nie wiedział, jak się ten wieczór potoczy. W głowie obrazy, urywki wspomnień.
Ale dopiero gdy wychodziła z windy, stały się tą kobietą.
„Przecież to Tamara. Asti!” – olśniło go.
Szczupła dziewczyna stojąca dwa kroki za Ferrero! Córka? Kochanka? – zastanawiał się wtedy. Na pewno nie żona – ją poznał wcześniej. Tę młodą dziewczynę widział wtedy po raz pierwszy: wysoka, krótko obcięta, uśmiechnięta brunetka o szaroniebieskich oczach. Patrzyła na niego wzrokiem, jakim jeszcze na niego nikt nie patrzył.
Nie miała nawet dwudziestu pięciu lat. Tak mu się wydawało. Ale co się wtedy takiego wydarzyło? Dlaczego o niej zapomniał? Dlaczego ją wyparł z pamięci?
Nie zdążył tego rozebrać.
Szła w jego kierunku. Jej uśmiech serdeczny i zachęcający. Dorosła, pewna siebie, silna. Może jej włosy go zwiodły: wtedy były dłuższe.
A może makijaż.
Tak czy inaczej z jej całej postawy wynikało, że wiedziała już, że wszystko sobie przypomniał. Zbliżyła się do kanapy, na której siedział, stanęła przed nim i pozostała tak przez chwilę, wpatrując się w niego.
Usiadła po jego lewej stronie.
– Nie sądziłam, że cię jeszcze spotkam – powiedziała. – Po twojej wizycie w Astii, wiesz, kiedy się poznaliśmy, miałam nadzieję, że będzie jakiś ciąg dalszy. Ale chyba mnie unikałeś.
Zaprzeczył.
– Nie unikałem cię. Nie było w tym premedytacji. Początki były trudne.
– Tak, Ferrero nie chciał udziałowca.
Jej głos mówił coś innego niż oczy.
– Było ryzyko, że Federico zrobi coś głupiego – zawiesił głos, szukając w kurtce papierosów. – A ty się później nie pokazywałaś.
Skinęła lekko głową.
– Pytałem o ciebie – przyglądał się jej reakcji.
– Wiem! – Tamara roześmiała się cicho. – Ale w jakimś sensie zabrakło mi odwagi. Masz rację. Nie ma w tym twojej winy.
Jej cała postać zdawała się dążyć do zgody.
Został wtedy w Astii kilka dni. Nie dlatego, że to wymagało jego obecności. Coś ciągnęło go do niej.
Federico krążył po fabryce, załatwiając codzienne sprawy, a oni dopinali umowę.
Pierwszego dnia lunch zjedli we dwoje.
– Pamiętasz iskry? – Heiko znalazł papierosy, ale nie zapalił.
Lekko się zarumieniła.
– Nawet dziś przechodzą mnie dreszcze…
Uśmiechnęła się.
Spojrzał na nią sceptycznie, bez wiary, ale uśmiechnął się również.
– Gadanie!
Tamtego dnia, idąc na lunch i musieli przejść przez wąskie drzwi. Dotknął ramienia Tamary – i zaiskrzyło. Iskry przeskoczyły między jego dłonią i jej nagim ramieniem. A później? Przy stole jeszcze kilka razy. Po prostu: gdy tylko się do siebie zbliżali, szły iskry.
Tamara zaśmiała się.
– Sam widzisz, to nie mogło być jakieś byle co!
„Oczywiście – nie było!” – pomyślał. Trzeciego dnia dopięli umowy.
Prze ten czas nie zamykały im się usta. „Czy teraz też tak będzie?” – pomyślał.
– Zostajemy tutaj czy jedziemy na miasto? – zapytała.
To go otrzeźwiło.
– Chodźmy stąd – poprosił concierge’a o taksówkę.
W Brukseli miał swoje miejsca. Niedaleko Grand Place była restauracja rybna, która była pierwszym adresem.
Nie zaprotestowała.
***
W taksówce siadła blisko niego. Opowiadał jej o mieście, którego nie lubiła. A ona? – cierpliwie słuchała.
Wysiedli przy Mont des Arts.
Szli w kierunku Grand Place. Tamara chwyciła go w pewnej chwili pod ramię.
„Żeby być bliżej twojej kurtki” – stwierdziła.
Rzeczywiście, to był w końcu listopad: wieczór coraz bardziej chłodny.
Do restauracji nie mieli daleko.
Tamara narzekała na Brukselę: że nieprzyjazna, że zimna. Zaczęła coś mówić o Kongo i o krwawych pieniądzach. Nie zaprotestował.
Concierge dobrze się sprawił i dostali dobry stolik, w przytulnym miejscu: byli daleko od gwaru stolików przy wejściu. Od razu zamówili coś do picia, nie chcieli, by ktoś im przeszkadzał. Dwukrotnie odsyłali kelnera, bez zamówienia. Aż głodnieli.
Tamara zdecydowała się na plateau impérial. Dla dwojga.
To był na pewno sarkazm.
Więc może jednak coś rozumiała?
– Wolisz żywe, czy te zdechłe? – zapytała, myląc niemieckie przymiotniki.
Zaśmiała się. Na wielkim półmisku surowe i gotowane skorupiaki.
– Nie było ciebie na spotkaniu – stwierdziła obojętnym tonem. – Nie chciałeś poczuć wygranej?
Jej głos nie zachęcał do odpowiedzi.
Ten dzień nie mógł już niczego zmienić. Poza tym, jakie będzie finał, wiedział już pięć lat temu.
– Dzisiaj nic już nie mogło się wydarzyć – uwolnił usta. – Moja obecność była zbędna.
Milczała.
– Nie traktuję tego w kategoriach wygranej – dodał.
– Żadnych emocji? – zapytała.
– Żadnych – odpowiedział.
– Nigdy?
Zawahał się.
O tak. Za pierwszym razem czuł emocje. Pierwszy sukces, a on był wtedy najmłodszy. Poklepywanie po plecach i solidny bonus. Za drugim razem też, ale deal był ogromny i nikt się nie odważył go poklepać. Za trzecim razem wystawił na bruk dwa tysiące polskich robotników. Kiedy to do niego dotarło, wypiął korporacyjny pin z klapy marynarki.
– Nigdy – powiedział cicho.
– A Federico? – zapytała.
– Co z nim? – zapytał, nie rozumiejąc.
– No, cała ta sytuacja. Zabrałeś mu wszystko!
Nic mu nie zabrał. Federico wszedł pod pędzący pociąg, a on go wyciągnął spod kół, i to był niezaprzeczalny fakt – niezależny od tego, co się temu Włochowi teraz wydawało. Nie potrafił zliczyć, ile rozmów ze sobą przeprowadzili, zanim zdecydował się na ostateczną akwizycję. Ale czy ona o tym wiedziała? Czy to rozumiała?
Nie zapytał. Z każdym wypitym kieliszkiem wina stawała się coraz bardziej swobodna. Do sprawy Ferrero już nie wróciła. Półmisek opróżniał się, a ich dłonie się coraz częściej spotykały. Rozmawiały. Doskonale pamiętał, kiedy ostatnio wymienił z kobietą tyle słów.
Trochę nietrzeźwi wyszli z restauracji.
Było już po wpół do jedenastej, kiedy podjechała taksówka. Musieli podejść do niej kilkaset kroków. Podbiegli nawet kawałek, i wtedy Tamara chwyciła go za rękę. Włożył splecione dłonie do kieszeni kurtki.
Było już naprawdę zimno.
Nigdy nie ulegał pokusie.
Przywykł do tego, że wszystko ostatecznie jest zawsze takie samo. Ciągle, po każdym malowaniu, taki sam kolor ścian w biurze, taki sam zapach w ogrodzie, gdy wychodził popatrzeć na Ren.
Nawet kot Kate wydawał się być nieśmiertelny. I ciągle taki sam.
– Bardzo mi odpowiadasz. Jak gdyby ktoś zrobił ciebie dla mnie… – wyszeptał.
Byli w taksówce i odważył się znów spojrzeć w jej oczy. Odbijały się w nich światła ulicznych latarni.
Pogłaskał kciukiem jej policzek.
Refleksy wydały mu się silniejsze.
Wzięli z recepcji klucze, ale pożegnanie im nie wyszło. Siedli w lobby. Rozmawiali ściszonymi głosami. Nikt nie mógł ich usłyszeć: lobby było puste.
– Jesteś zmęczona? – zapytał.
Nie chciał żeby już poszła, ale nie wiedział, czy może ją zatrzymać.
– Nie jestem zmęczona – siadła głębiej w fotelu i przekrzywiła zabawnie głowę.
Nie wiedział, czy to alkohol, czy po prostu miała dobry nastrój.
– Nie chcę, by ten wieczór się teraz skończył – dodała.
Jej niebieskoszare oczy błyszczały.
– Napijemy się jeszcze? – zapytała.
– A na co masz ochotę? – odpowiedział pytaniem.
„W sumie nie wypiliśmy dużo” – pomyślał.
– Restauracja jest już zamknięta, a bar mi się nie podoba. Jak wszystko tutaj – powiedziała.
Patrzył na nią badawczo. Nie pomagała mu.
– Spróbuję coś zamówić u concierge’a – to on podjął decyzję.
– Więc poproszę o czerwone wino. Jakiekolwiek.
Zdziwiło go, że oddawała mu się całkowicie.
Chciał, żeby wszystko było proste. Concierge to zrozumiał. Poprosił go tylko, by poszedł za nim do hotelowej komórki po wino.
Heiko potrzebował tego czasu.
Wybór nie był duży, ale znalazła się butelka Cotes du Rhone z Maison Chapoutier. Wino bez emocji. Żadnych wspomnień, po prostu je lubił.
Nie było się nad czym zastanawiać.
Przy kontuarze, concierge podał mu dwa duże kieliszki i zabrał się za otwierania butelki. Ale Heiko powstrzymał go.
Nie pozwolił jej otworzyć. Włożył korkociąg do kieszeni, butelkę wziął za szyjkę, a oba kieliszki w drugą rękę.
Nie zdążył do niej podejść – wyszła mu naprzeciw.
Wspięła się na palcach i dotknęła nosem jego nosa. Wydawało mu się, że znów poczuł iskrę.
Roześmiała się.
Teatralnie zakręciła się na pięcie i poszła w kierunku wind – ramiona i poły płaszcza szeroko rozpostarte.
Kręcąc głową, poszedł za nią. Nie dowierzał.
Przywołała windę.
„Co to za kobieta, nigdy nią nie spotkałem takiej” – pomyślał.
Spotkał.
Do windy puścił ja przodem. Znów oparci o ściany. Nie patrzyli na siebie. Głośno liczyli pietra. „Dokąd to prowadzi?” – przeszło mu przez głowę.
Winda zatrzymała się na trzecim piętrze. Tamara zbliżyła się do niego i – patrząc mu w oczy – sięgnęła do prawej kieszeni jego spodni. Po klucze.
Wtedy się dowiedział.
W jego głowie już niczego nie było. Oniemiał.
Nie liczył drzwi. Szedł posłusznie za nią. Przekręciła klucz i pierwsza weszła do środka. Nie włączyła światła w korytarzu, tylko od razu skierowała się do pokoju.
Zapaliła najbliższą lampkę nocną.
Nie spojrzała na niego. Skierowała się wprost do drzwi balkonowych. Chwyciła wpierw jedną, potem drugą połówkę ciężkiej zasłony. Zostawiła wolna przestrzeń, szeroką jak jej postać. Heiko odstawił na stolik butelkę i obok niej postawił kieliszki.
– Napijesz się?
Zaprzeczyła kręcąc głową.
– Daj mi chwilę. Muszę pomyśleć.
Spoważnieli oboje.
Nie spiesząc się otworzył butelkę. Postawił ją na stole. Stanął za Tamarą; spróbował ją objąć, ale potrząsnęła głową. Opuścił ręce. Stał nadal za nią i patrzył, tak jak ona, na De Frélaan. Tak. Czegoś takiego nie byłby w stanie wymyślić. Odwróciła się. Stała zwrócona do niego. Jej twarz była poważna, ale oczy błyszczały. Podniósł prawą dłoń, by dotknąć jej twarzy, ale znów potrząsnęła głową. Opuścił ją. Stał bez ruchu, wpatrzony w nią, bez uśmiechu, jakby na coś czekał.
– Zdejmij kurtkę – powiedziała.
Zawahał się, ale ją zdjął i rzucił na łóżko.
– Zdejmij sweter – badawczo przyglądała się jego twarzy.
Chwycił sweter na karku i przeciągnął przez głowę. Położył go na łóżku, obok kurtki. Powtórnie podniósł rękę, by dotknąć jej policzka. Nie oponowała. Przechyliła głowę, by wtulić się w jego dłoń. Znów się uśmiechała. Położyła swoje ręce na jego szyi, kciukami pogłaskała jego twarz.
– Nalej mi wina – poprosiła, i omijając go, poszła w kierunku biurka, które stało po przeciwległej stronie pokoju.
Ale nie dotarła do niego.
Usiadła na łóżku. Jeden po drugim zdjęła buty i postawiła je przy nocnej szafce. Spojrzała na Heiko: stał tam, gdzie go zostawiła.
– Nalej, proszę – powtórzyła.
Jak wybudzony z letargu, podszedł do stolika. Napełnił oba kieliszki. Obrócił się, by włączyć telewizor – lub żeby zyskać na czasie.
Wybrał kanał i spojrzał na Tamarę. Ciągle uśmiechając się, kiwnęła przyzwalająco głową.
Wziął ze stolika kieliszki. Stanął naprzeciw niej i podał jej jeden z nich.
– Dlaczego wtedy stchórzyłeś? – zapytała, patrząc na niego badawczo.
Zaskoczony odsunął kieliszek, w którym właśnie umoczył usta. Odwzajemnił jej spojrzenie
– Byłaś z Federico – odpowiedział i odruchowo wziął drugi łyk.
Tamara piła powoli z lekkim uśmiechem, który nie schodził jej z twarzy.
– Może to ty byłeś lepszą opcją – powiedziała zaczepnym tonem.
– Opcją? – zdziwił się.
Roześmiała się cicho.
– Każda kobieta ma zawsze wiele opcji – powiedziała z akcentem na „zawsze”.
Odstawiła kieliszek na nocnym stoliku. Dłonie oparła na materacu.
Podszedł dwa kroki, cały dystans, który go od niej dzielił.
Klęknął naprzeciwko niej. Wsunął dłonie pod rozchylony płaszcz i żakiet, oparł je na jej biodrach. Rozchyliła kolana, by go wpuścić. Rozchyliła lekko usta. Teraz dotykali się już oboje. Trwali w długim pocałunku, przerywali go, jakby szukając swoich smaków. Dłonie wędrowały po ciałach. Wszędzie, jakby chciały się z nimi zapoznać.
Wstał z kolan.
Chwycił ją za łokcie i podniósł, żeby położyć ją dalej, w głębi łóżka. Nie oponowała. Wydawała się oszołomiona. Leżała na wznak, z głową zwróconą w jego stronę. Spoglądała na niego spod przymrużonych powiek. Również wtedy, kiedy kładł się obok niej i rozpinał guziki jej białej koszuli. Poddawała mu się. Patrzył jej prosto w oczy, dotykał jej szyi, potem piersi uwięzionych w staniku, brzucha, gdy wysuwał koszulę z jej spodni.
Rozpiął guzik i przesunął w dół suwak, dłoń wsunął pod delikatną bieliznę skrywającą wypukły wzgórek – jego palce znalazły oczekiwanie i wilgoć.
Cicho westchnęła.
– Chodź bliżej mnie – wyszeptała.
Chwyciła jego głowę w obie dłonie i przyciągnęła do siebie. Całowali się. Pocałunki coraz bardziej mokre, coraz bardziej mokra była Tamara: napierała biodrami na jego dłoń mocno trzymającą jej łono, otwarte na niego, szukające jego palców.
Wyciągnął dłoń spod jej bielizny. Uniósł się i klęknął przy niej. Podał jej rękę, którą chwyciła, by się podnieść. Zsunął płaszcz z jej ramion, oswobodził z żakietu – i z koszuli. Jednym ruchem rozpiął jej stanik, który zsunęła z siebie i daleko odrzuciła, kładąc się z powrotem na pościeli.
Wrócił do niej.
Jego usta wędrowały po jej ciele: całował jej szyję, małe piersi z mocno sterczącymi sutkami i płaski brzuch ozdobiony po prawej stronie dawną, głęboką blizną. Jego usta szukały jej jeszcze niżej. Podniósł się i zaczął zsuwać z Tamary spodnie, całując jej uwolnione biodra i pachwiny. Zsunął się z łóżka na kolana, by zdjąć je do końca. Najpierw uniosła biodra, a później obie nogi, po których zeszły nogawki spodni.
Heiko został na podłodze. Chwycił ją za uda i mocno przyciągnął do siebie. Jego usta znalazły się między rozwartymi silnymi udami drżącymi z podniecenia i niepewności.
Przez jej brzuch przeszedł skurcz. Gwałtownie się podniosła, chwyciła go za ramiona.
Wstał.
Zrzucił z siebie odzież i zsunął buty.
Obserwowała go uważnie. Więcej: przyglądała mu się. Chciał się znów zanurzyć między jej uda, ale chwyciła go za rękę i wciągnęła go na siebie. Patrzyła na niego: oczy zmrużone, dłońmi trzymały mocno jego głowę. Kiedy wchodził w nią i mocno napierał, potrząsnęła nim.
– Nie dasz rady wejść cały we mnie.
Uśmiechnął się, przytomniejąc. Pozostał w niej, opierając się na łokciach. Położył dłonie wzdłuż jej twarzy. Ona mocno trzymała jego głowę, on kciukami głaskał jej twarz.
– Ja ciebie zawsze znałem – powiedział cicho.
Całkowicie przytomni patrzyli na siebie. Ich biodra – jak w symbiozie – poruszały się niezauważalnymi ruchami, jak gdyby całe ich czucie skoncentrowało się w jej wnętrzu. Najmniejszy ruch budził wewnątrz reakcję, tak silną, że przez ich twarze przechodził skurcz. Z największym trudem utrzymywali oczy otwarte.
– Niech to tak trwa – wyszeptała i podciągnęła prawe udo tak, że przechylili się na bok.
Żadne z nich nie miało zamiaru kończyć.
Próbowali coś powiedzieć, ale jedyne, co im się udało wyszeptać, to imiona. Ich dłonie wędrowały po ich ciałach. Szukali swoich miejsc. Chwilami przyciągali się do siebie, kładąc dłonie na pośladki.
Przy kolejnym pchnięciu jęknęła.
– Boli cię? – zapytał, badając jej grymas.
– To tylko noga… – szepnęła nieprzytomnie i zaraz dodała: – Ale nie wychodź ze mnie…
Wyprostowała udo i obróciła go na wznak. Była na nim. Chciał coś powiedzieć, ale szepnęła:
– Ciiii – i położyła mu palec na ustach.
Zamknął oczy. Czuł, że obejmuje go wewnątrz, wypełnił ją. Pochyliła się nad nim. Wziął jej piersi w dłonie, ścisnął, uniósł głowę i zaczął je całować, ssać. Czuł, jak porusza się, szukając swojego miejsca i rytmu. Pochyliła się nad nim jeszcze bardziej, oparła głowę o jego czoło. Z wielkiego oddalenia uświadomił sobie, że są zlani potem. Czuł rosnący napór, jakby szukała dźwigni. Jej ruchy były coraz bardziej zdecydowane i coraz silniejsze. Jego dłonie na jej pośladkach zaciskały się coraz mocniej. Ich ruchy stały się całkowicie zgodne i w niewyobrażalnym rytmie zakończyły się spazmem, który jednocześnie wstrząsnął ich ciałami.
Leżała na nim. Oddychała ciężko. Ich ciała sklejone potem. On oddychał równo. Wracał z dalekiej podróży. Wyszeptał jej imię. Milczała. Powtórzył. Przytuliła się mocno do niego.
– Hej – szepnął, – czy kiedy śpisz, to też kochasz?
Zamruczała nad nim. Chwycił kołdrę i nasunął na jej plecy.
– Wiesz, która godzina? – zapytał.
– Mhmmm – zaprzeczyła.
– Piętnaście po drugiej – szepnął jej do ucha.
- Niemożliwe – odszepnęła.
– Do rana mamy jeszcze mnóstwo czasu…
***
Podeszła powoli do stolika. Miała na sobie jasnobeżowy kostium, spod żakietu wystawały burgundowe rogi kołnierzyka. Wstał, podsunął jej swoje krzesło. Kiedy siadała, szepnął jej do ucha:
– Kąpałem się przed wyjściem, ale cały jestem przesiąknięty tobą.
Usiadł naprzeciw niej, tyłem do sali.
Z nieokreślonym uśmiechem spojrzała na niego. Biła z niej jakaś determinacja. Nogi elegancko przechyliła w bok. Nie zdawał sobie sprawy, czemu miała służyć ta demonstracja.
„Dlaczego wszystko jest dziś inaczej?” – przemknęło mu przez głowę.
Pochylił się do niej.
– Wymyśliłem sobie ciebie – powiedział. – Być może to błąd…
Trochę zaskoczona, spojrzała na niego, ale pojawił się kelner. Wzięła do ręki kartę.
– Heiko, pomóż mi, proszę, nie wiem, co wybrać…
– Jasne – odpowiedział. Jego głos trochę nadąsany.
Zaśmiała się nerwowo.
– Proszę, nie bądź taki. Wszystko zepsujesz – odpowiedziała, jakby perswadowała coś małemu chłopcu.
Nie przyjął roli. Zebrał wszystkie siły, by głos mu nie zadrżał.
– Czy losowi dziękować, czy go przekląć za to spotkanie?
Ale to nie było pytanie.
Spojrzała na niego, udawała zdziwioną. Próbowała zażartować, ale zaplątała się w niemieckich końcówkach.
Kelner dyskretnie postawił na brzegu stolika butelkę wina, które Heiko zamówił przed jej przyjściem. Tego samego. Trochę nerwowo się zaśmiała i zamówiła duszone mięso z borowikami.
Jedli powoli. Ani słowa o nocy nocy. Nie spieszyli się. Ich ruchy były powolne. Każde miało inny powód. Pytania inne, niż w restauracji poprzedniego wieczoru. Odpowiedzi krótsze, niż poprzedniej nocy. Za cztery godziny wracała do Mediolanu. On zostawał na dłużej.
– Dlaczego miałabym to być ja? – zapytała w pewnym momencie, biorąc do ręki serwetkę.
Znał odpowiedź. Od chwili, kiedy ją pierwszy raz spotkał, nie zamienił z żadną inną kobietą tylu słów.
Pochylił się w jej kierunku:
– Bo jesteś wrażliwa i głodna życia – starannie wypowiedział w jej kierunku włoskie przymiotniki.
Uśmiechnęła się.
W jej oczach wilgotny błysk: ten sam, który go oczarował przy pierwszym spotkaniu. Ten sam, co poprzedniego wieczoru.
Błysk zniknął, gdy pochyliła się w jego kierunku
– Daj mi chwilę…
Odeszła od stołu.
Poczuł lęk. Wystrzegał się go przez lata: lęk przed stratą.
Odsunął się od stolika.
Na serwetce rozlane litery.
Nie spiesząc się podeszła do stolika. Usiadła, łokcie oparła na stole.
Spojrzała na zegarek.
– Wiesz, że to jest ten moment, prawda? – patrzyła na niego, bez cienia uśmiechu.
Oczy, brązowa kropka na tęczówce, usta, wysokie czoło z opadającą na nie, niespokojną grzywką.
– Wracasz do Federico? – zapytał.
– Tak, oczywiście – odpowiedziała.
Przyglądał się jej przez chwilę, szukając właściwych słów.
– Jeśli kiedykolwiek zamarzę, będzie to miało związek z tobą – powiedział cicho.
Tamara patrzyła bez słowa. Taksowała go obojętnym wzrokiem, jakiego nie widział u niej wcześniej.
Nie wytrzymał tego spojrzenia.
– Zostaw mi coś – powiedział, nie patrząc już na nią.
Wymówiła jego imię. Podniósł wzrok i usłyszał:
– Nie zabieram ze sobą niczego. Zostawiam ci wszystko, Heiko. Wszystko jest tylko twoje.
