Spojrzenie Marii przesunęło się po jego twarzy, a potem uciekło w stronę okna, w ciemność.
Czuł, że po jego słowach staje się obca. Zamknęła się w szlochu, który wstrząsał jej ciałem krótkimi, nierównymi falami.
Leżał niżej, na cienkim materacu, obserwując ją z półcienia wzburzonej kołdry. Jej plecy, jeszcze ciepłe od słońca, rysowały się ostro w świetle stojącej lampy. Obrazy wracały do niego jak zatrzymane kadry: uśmiech, rude włosy rozsypane na ramionach, kartka pocztowa z gór przypięta do ściany nad łóżkiem.
Dławiło go w gardle. Projekcja urywała się nagle, jak film zerwany w połowie sceny.
Odszukał po omacku papierosy. Rzucił paczkę w jej stronę i zapalił jednego. Dym wypełnił mały pokój. Strzepywał popiół pod ścianę, tam gdzie zwykle stała popielniczka. Między jednym zaciągnięciem a drugim docierało do niego, że bez niej jego dni są puste. A może nie bez niej — bez wyobrażenia jej.
Siedział oparty o ścianę, z żarem papierosa w ustach. Próbował nazwać swoją pretensję, znaleźć dla niej formułę. Wiedział już jednak, że chodzi o coś prostszego: o strach przed tym, że w jej spojrzeniu pojawił się ktoś trzeci.
Uniósł się na łokciach. Zmęczenie odbierało mu ostrość widzenia. Maria siedziała plecami do niego, włosy opadały jej na ramiona. Jej szloch cichł.
Zsunął się z materaca i stanął za nią. Przez chwilę widział tylko odbicie jej sylwetki w ciemnej szybie okna. Wyciągnął rękę, dotknął jej włosów. Były wilgotne od łez.
Zacisnął palce zbyt mocno.
Usłyszał jej krótki, ostry krzyk.
Kiedy odwróciła się do niego, ich spojrzenia spotkały się bez pośredników. Bez cienia. Bez trzeciego imienia.
I bez tego, czym byli jeszcze przed chwilą.
