Wrócił do domu już przed wpół do drugiej. Zaparkował samochód w bramie i wydobył z niego drzewko. Poszło mu to znacznie trudniej niż wsunięcie go do auta, podrapał przy tym karoserię i ręce, ale to nie popsuło mu to humoru. W drzwiach minął staruszkę spod szóstego. Wymienili uśmiechy i pozdrowienia podczas gdy ciężkie drzwi wejściowe skrzypiąc zamykały się za nią. Obciążony choinką przeszedł przez rozległą sień i wszedł na schody oficyny. Wspinał się powoli po lekko uginających się pod jego ciężarem stopniach. Szedł w górę komina klatki schodowej. Powietrze było rozgrzane przez masywne, żeliwne grzejniki. Pod grubym swetrem i kurtką czuł wilgoć. Czuł ją także na czole. Pocił się z wysiłku. Słońce wdzierało się na schody przez zabrudzone krzyżowe okna. Widział pyłki kurzu poruszające się ruchami Browna i to jak grało na nich światło. Powoli wchodził po stopniach. Zatrzymywał się kilka razy, aby wymanewrować drzewem tak, by nie zadrapać ścian i utrzymać równowagę pod rosnącym z każdym krokiem ciężarem. Przystanął, zatrzymał się na chwilę. Odpoczywał patrząc w górę, tam było ciemniej niż w miejscu gdzie stał, na trzecim piętrze. Tutaj kończyły się okna. Do przebycia pozostał mu jeden długi bieg schodów prowadzący wprost na poddasze, do ich mieszkania, do mieszkania Anny.
Minęło kilka minut. Stał na klatce patrząc w dal, za okno, nie znajdując oparcia, jakby nie mogąc zdecydować się, czy pójść w górę. W końcu zebrał się w sobie, chwycił drzewko prawą ręką za najniższy silny konar który znalazł pod siatką, a lewą bliżej czubka tak, by znaleźć środek ciężkości. Poszedł w górę. 26 stopni później był pod drzwiami. Zrzucił na podłogę choinkę i sięgnął po klucz. Przez chwilę szukał na kółku właściwego, aż znalazł i otwarł nim dolny zamek. Wszedł do środka. Mieszkanie nie było duże. Może nawet rozpaczliwie małe dla nich, ale było dobrze przemyślane, dawało im schronienie. Mały pokój zajmowała Anna, ciągle niezadowolona z braku miejsca na jej sprawy, ale ona przynajmniej potrafiła nad nim zapanować. On nie potrafił. Był dla tego mieszkania zbyt ciężki, przez lata obrósł w artefakty i książki. Tak więc w dużym nie było miejsca. A tylko tu mogło stanąć drzewko. Raz jeszcze spojrzał na zdobycz. Było olbrzymie. Dlatego było w wyprzedaży, żadna kobieta nie pozwoliłaby na to, żeby na środku jej pokoju wyrósł las. No tak, był to problem do rozwiązania, a przecież dziś do rozwiązania dążył. Przeszedł przez pokój wlokąc je za sobą, strącił coś, ale nie zwrócił uwagi co. Otworzył drzwi na dach i wystawił drzewko. Rozejrzał się dookoła, ale w jego głowie nie urodził się jeszcze plan. Wrócił do korytarza, rozebrał kurtkę i ściągnął sweter. W kuchni po raz trzeci podgrzał poranną kawę i w końcu ją wypił. Był gotów do pracy.
Pokój być może nie był wcale aż tak mały. Większość miejsca zajmowały regały na książki i obszerne łóżko. Trzy wielkie stoły, dwa do pracy i jeden jadalny – to była miara trudności z którymi musiał się zmierzyć. Nie pomyślał nawet o tym, by dotknąć jej stołu, ten jadalny był również poza jego zasięgiem. W jego zasięgu była zaś na pewno kolekcja kamieni, setki niepotrzebnych tomów, które już od dawna nie mieściły się na regałach, tak jak i pozostały zbyteczny balast. A może powinien po prostu posprzątać? Anna dbała o całość, mieszkanie było zawsze w ogólnym porządku, ale w jego kąt od dawna nikt nie zaglądał. Kurz osiadł wszędzie. Na książkach, na kamieniach, na wiszących na ścianach obrazach, na drzeworycie Dürera, który w mglistych początkach ich miłości Andrzej dostał w urodzinowym prezencie od Anny.
Slalomem między książkami, kartonami pełnymi agatów i innych kamieni dostał się do łózka, za którym znajdowały się mansardowe okna. Otworzył je. Wychylił się by spojrzeć na podwórze. Ostre powietrze objęło go i wypełniło pokój. Nadal bez szczegółowego planu, za to bardzo energicznie zabrał się do roboty. Zebrał w jedno miejsce przedmioty które uznał za zbędne, a zaraz później książki. Przeniósł je w jedno miejsce, by w pokoju odtworzyć dawną przestrzeń. Część z nich, te większe i cięższe postawił w korytarzu, na regale za kotarą, a mniejsze, łatwiejsze do upchania postawił w geometrycznym porządku na środku pokoju. Część znalazła swe miejsce w pracowni. Przenosząc książki, przenosząc kurz, zorientował się że jest niewłaściwie ubrany. Zdjął przepoconą koszulę i rzucił ją na fotel na którym leżał już sweter. Tutaj siadał zazwyczaj gdy jadł lub pisał. Wbił się w sztruksowe spodnie, które zazwyczaj zakładał do pracy i wsunął na siebie zieloną, rozciągniętą koszulkę polo. Myślał, że to był jednak dobry pomysł, by wcześniej wrócić do domu i zrobić to, co powinien był zrobić już dawno temu, miał przy tym dziwne wrażenie jakby odkładał tę czynność przez lata.
Pokój był największym pomieszczeniem pod dachem. Miał więcej niż dwadzieścia metrów kwadratowych, ale metraż był złudny, bo większość powierzchni nie była dostępna, ograniczał ją kładący się ku podwórzu uskok mansardy. To w uskoku stało łóżko. Przenieść kamienie i książki, porządnie przewietrzyć mieszkanie i ściągnąć starą pościel. Tak zaczynał się plan. Miał co prawda dylemat czy podłogi zamieść i odkurzyć, czy po prostu umyć, ale spojrzawszy na zegarek uznał, że szybciej będzie, gdy sięgnie po wodę i metr po metrze zmyje ten stary brud. Za sprawą promieni słońca wpadających przez otwarte okno, pokój ten w dalekim przybliżeniu przypominał znów pokoje z przeszłości, jak ten poprzecinany drewnianymi belkami, w którym z Anną kochali się po raz pierwszy, z dziwną zaciętością testując i odkrywając swoje ciała. Pokój w którym upijali się alkoholem i sobą, a później w długich monologach, mówiąc cicho jedno przez drugie, odkrywali drogę do siebie stojąc prawie po tej samej stronie, gdzie – jak sobie obiecywali – nie zdarzy się żadna łza, strach czy pośpiech.
Dochodziło piętnaście po trzeciej, gdy zaczął porządkować sterty maszynopisów i negatywów na biurku. Zdjęcia Anny. Jej twarz, postać, zdjęcie z Piotrem, kiedy przyłapał ich, jak roześmiani biegli na wyścigi które z nich pierwsze dotrze do lądowiska. Ścierał kurz z zapomnianych zakamarków, książek i wyraźnych wspomnień, kurz znacznie mniejszy już, niedostrzegalny prawie. Andrzej wiedział, że Anna na pewno już wyszła, że jak zwykle zatrzymała się przy oknie księgarni i za chwile wsiądzie do 'trzynastki’ by pojechać do niego, ale z drugiej strony – spekulował – w takim świetle i w takim powietrzu może być inaczej: pójdzie pieszo wzdłuż parku Wilsona, skręci w prawo, ominie kiosk z gazetami i przejdzie na drugą stronę ulicy, by przejrzeć się wystawach sklepowych. A może jednak wejdzie do księgarni i kupi znów jakąś książkę, której on nigdy nie przeczyta.
Nie znosiła nieporządku, a swoim upodobaniem do symetrii, schematów i powtórzeń doprowadzała go do szału. Nie rozumiała gdy mówił, że tak naprawdę jest asymetrią, brązową plamką na tęczówce jednego z jej szarych oczu. Nie dawała rady bez swojej iluzji. Nic dziwnego. On był z sobą pogodzony. A dla niej był zbędnym wyzwaniem. W tym był zupełnie niepodobny do Piotra.
Wiedział za to, czym jest entropia. Kiedy trzeba było, wkraczał zdecydowanie. Jak teraz, po raz ostatni wchodząc do jej pokoju. Wydał mu się zimny i pusty, chciał coś naprawić, ale nie wiedział co. Odsunął łóżko. Leżały tam zapomniane drobiazgi, drobna moneta i skórzane pudełko od zegarka ze szterlingowego srebra, który podarował jej na urodziny, najpiękniejszej z rzeczy, na które było go wtedy stać. Padł na kolana i bez zbędnych ceregieli umył podłogę. Rozejrzał się po pustce, po chwili zamknął za sobą na dobre drzwi. Wrócił do swojego kąta, wyciągnął się w fotelu. Głowę miał pełną zapachów i wspomnień. Niektóre budziły niepokój. Może jednak dziś nie było tak samo. Wydawało mu się że zasypia, ale to była nieprawda, dosięgły go dziecięce głosy dochodzące z podwórza, związały go na nowo z dotykalną stroną świata. Otworzył oczy i uśmiechając się do siebie snuł dalsze plany na czas kiedy Anna przyjdzie. Było kilka minut po piątej. Zniknęły jego ślady, cała przeszłość i wielki roboczy stół. Na jego miejscu stało drzewko. Nieubrane jeszcze. Światło rozkładało się miękko na gałęziach, na meblach i pozostawionych przez niego sprzętach. Znużenie i niepokój. Wewnętrzny zegar upominał go, że czas działa na jego niekorzyść, bo chciał jeszcze przecież przygotować coś do zjedzenia, zanim pojawi się Anna, zapewne zmęczona po całym dniu spędzonym w pracy.
Wszedł do kuchni. Fale zimnego powietrza szturmowały okna. Zgasły pokrzykiwania chłopców z podwórza. Próbował sobie przypomnieć, jaki Anna ma dziś rozkład zajęć. Szukał w pamięci, ale nie mógł go odnaleźć. Założył by się wszystko, że widzi ją, że widzi jak podbiega ubrana w jeansy i jasną, głęboko rozpiętą na piersiach koszulę do przystanku tramwajowego, ale podchodząc bliżej widzi też, jak Piotr podejmuje ją na stopniach wagonu, a z miejsca w którym się właśnie znajduje dostrzega, że jego wysiłek jest zbędny, bo z całą pewnością ominą park i pojadą w jakieś inne miejsce, bo przecież miesiące minęły od tamtego lata, a w tej historii tkwi jakiś potworny błąd, a Anna nie przyjdzie. Już na pewno na poddasze nie przyjdzie.
1983-2019
