— Jesteś gdzieś tam? — Na radiu była cisza. — Jesteś gdzieś tam, kochana? Odezwij się, Aliya.
Już od kilkudziesięciu soli był poza protokołem. Najpierw z ociąganiem wyszła poza niego ona, potem już bez wahania. Krążyła nad Marsem w swojej puszce, samotna, jedyna na pokładzie stacji.
— Spóźniasz się… — rzucił jeszcze do mikrofonu.
Przełączył na głos przestrzenny i usiadł do kolacji.
On też był sam. Tkwił na dole, na Mare Erythraeum. Nadzorował habitaty, zapasy paliwa, generatory i całe zaplecze naukowe. Musiał być trzeźwy — od tej infrastruktury zależało przetrwanie kolonizatorów. Ale Wanco już nie był trzeźwy.
Trzydzieści sześć soli temu ESA nieoficjalnie przekazała mu, że są usterki w napędzie głównym statków. Misja będzie opóźniona. Najpewniej przestrzelą okno startowe. Nie pisał się na to, ale w jakimś sensie był przygotowany. Ona — nie.
Od jak dawna tam tkwi?
Wyciągnął jedzenie z mikrofali, usiadł przy stole roboczym i spojrzał przez przezroczyste ekrany na ścienną tablicę.
To już trzysta jedenaście soli — pomyślał. Na gównianym jedzeniu i w szczątkowej grawitacji.
Jadł powoli. Czas płynął tu inaczej. Każdy szczegół jej przylotu pamiętał.
Dzielna albo szalona — pomyślał, kiedy dokowała do stacji.
Na dole wszyscy myśleli tak jak on. Telemetrię prowadził Robert, codzienny kontakt miała z nim. Jej misja obejmowała obszar od pustyni Memnonia, przez cieśninę Bosphorus, Mare Erythraeum i Margaritifer Sinus, aż po okolice Arabii. Bezpieczeństwo kolonii. Jego bezpieczeństwo.
Zrozumiał to dopiero wtedy, gdy Pierwsi wystrzelili, by wrócić na Ziemię, a on został. Sam na planecie.
W górze była ona. Przesuwała się po nieboskłonie powoli, trzy stopnie na dobę. Od dziewięciu dni znów na nią patrzył.
— Jestem, kochany! — odezwała się wreszcie z głośników. — Zaspałam.
Przez chwilę słyszał tylko chrapliwą ciszę.
— Miałam koszmary.
Jej głos go ucieszył. Egoistycznie. Od dawna koił. Było w nim coś, co dodawało mu odwagi i potęgowało skupienie. Ale od czterech soli wyczuwał w nim smutek.
— Otrzymałam transmisję z Delhi. Zaczęli procedurę powrotu i opuszczenia stacji.
Na ostatniej sylabie głos jej się załamał.
— Według naszych danych ESA nie poleci. Skracają też moją misję. Mają zaoszczędzone paliwo i okno.
A więc to ten moment.
Nie sądził, że zaboli aż tak.
— Może jednak zmienisz zdanie?
Nie prosił. Stwierdzał.
Kiedy przyleciała, nie znali się. Po wylocie Pierwszych zostali we dwoje w rutynie pracy. Trzynaście minut sesji radiowej dziennie. Ewaluacja danych.
To ona zaczęła. Poprosiła o wizję. A że był rebeliantem, złamał procedury.
Zobaczył jej twarz — smutną, napiętą. Patrzyła prosto w niego.
— Hej. Wyglądasz młodziej niż na filmach z Ziemi.
Wiedział, że skłamała. Był zarośnięty, włosy sterczały mu na wszystkie strony. Gdy Stefan był jeszcze na Marsie i potrafił ich strzyc, jakoś wyglądali. Teraz siwiejące kosmyki i srebrząca się broda leżały na nim jak na wiejskim dziadzie.
Ona była zaskakująco piękna. Hinduska jak z obrazka. Twarz perfekcyjnie przygotowana do transmisji. Zrobiona. Nie mógł tego nie zauważyć.
— Co się dzieje, pani kapitan?
Wywołanie rozmowy kosztowało ją wiele. Była zakłopotana.
— To już dwieście dwa sole. Zbliżam się do granicy. Modlę się codziennie, żebym to przetrwała.
Na to był przygotowany. Wiedział, jak ją wybrano.
— Przetrwasz. Właśnie włączył ci się tryb przetrwania. Już nie jesteś sama.
W zasadzie wystarczyło to jedno zdanie.
Czasem drobny impuls burzy ograniczenia. Zaczyna się rodzić więź.
Z nimi tak było.
— Sprawdziłem po raz kolejny sekwencję lądowania — powiedział, włączając wizję. — To się uda. Na pewno. Co na to twój komputer? Przyjął sekwencję?
Podleciała do kamery. Objęła pochwyty.
— Przyjął.
Jej ciało poruszało się kapryśnie w nieważkości. Patrzył na nią z napięciem.
— To upraszcza wszystko. Masz już własną asystę.
Potrzebowali tylko odrobiny szczęścia.
Kiedyś nazwałby to zauroczeniem. Może przyjaźnią. Ale przyjaźń nie budziła takiego pragnienia ciała.
Reprymendy z Ziemi zbił krótkim: „Nie wasza sprawa”. Wiedział, że przechwytują transmisje. Nie wszystkie. Zadbał o to, blokując kanał na satelicie.
Mieli już tylko siebie.
Od czterech soli wiedział, że przed nim co najmniej czterysta dwadzieścia następnych — samotnych. Czterdzieści tysięcy nie robiłoby różnicy.
Pamiętał noc, kiedy dotknął jej pierwszy raz.
Połączenie się zerwało. Cisza trwała zbyt długo. Kładł się właśnie, przykrywał kocem, gdy wróciła.
Włączył wizję.
Leżała w kokonie. Twarz otoczona falami czarnych włosów. Ręce niespokojnie na brzuchu.
— Włóż je do śpiwora, bo zmarzniesz.
Zawahała się.
— Wiesz, co się stanie, jeśli to zrobię?
— Wiem.
Między nimi materializowało się coś nowego.
— Jesteś kotem w worku — powiedział kiedyś. — W pudełku, które krąży nade mną. A mimo to pragnę cię. Moje emocje są prawdziwe. Nie potrzebuję innego potwierdzenia. A ty?
Nie odpowiedziała.
— Ściągam „Sooryoday” na powierzchnię Marsa — wysłał w nieszyfrowanej transmisji.
Chciał, by na Ziemi zrobił się szum.
Odpowiedziała szybko.
— Nie powinieneś podejmować tej decyzji za mnie. To był twój błąd.
Lakonicznie. Płasko.
Obserwował trajektorię stacji. Orbita: perycentrum 1760 kilometrów, apocentrum 32 500. Nachylenie 35 stopni. Dobra do obserwacji. Fatalna do lądowania.
Sooryoday miał odłączyć się, zejść po dziwnej trajektorii, wyhamować, wejść na orbitę kołową, a potem spaść do niego.
Jak wszystko z nią związane — skomplikowane.
Następnego sola zobaczył, że płakała.
— Wysyłają mnie manewrem Hohmanna. Dziewięć miesięcy. Wanco, nie przetrwam tego.
Patrzył na jej twarz jak skamieniałą.
— Byłaś do tego szkolona. Dokonałaś tego, co miałaś dokonać.
Wyłączył kanał.
Musiała zdecydować sama.
Sol 546.
Habitat, hydroponika, laboratoria, reaktor, stacja wodorowa. Rutyna. Lista rozbieżności. Zlecenia naprawcze.
Głośniki sączyły muzykę i komunikaty.
— Sooryoday oddzielił się od stacji.
W hydroponice pomidory znów zaowocowały. Zmniejszył wilgotność.
— Sooryoday na ścieżce.
Otarł pot z czoła.
— Sooryoday wszedł na orbitę kołową. Sto osiemnaście kilometrów. Sekwencje zgodne.
Podszedł do panoramicznego okna.
Zbliżał się od zachodu. W pełni kontrolowany.
Rozbłysnął. Zawył jakieś dwieście metrów nad gruntem. Osiadł na platformie startowej, wzbijając tumany czerwonego kurzu.
Odłożył tablet.
Nie spiesząc się przeszedł do śluzy numer dwa. Włożył skafander.
Automaty kończyły dekontaminację.
Syk odsysanego powietrza przyspieszył mu puls.
Będzie musiał wyciągnąć ją z kapsuły. Po takim czasie w jednej dziesiątej ziemskiej grawitacji nie utrzyma się sama.
Wyszedł na zewnątrz.
Lądownik, osmalony i sponiewierany marsjańskim powietrzem, stał nieruchomo na platformie. Zamknięte włazy.
W środku czekał kot w worku.
Przyspieszył kroku.
Nie oczekiwał niczego. Wiedział tylko, że Aliya go potrzebuje. I że nawet jeśli będzie musiał ją przez chwilę nieść, woli być z nią tu — na złe i dobre — niż tkwić bez końca zawieszony pomiędzy światami.
