(rozdział pierwszy)
Antol upiera się, że cokolwiek wybieramy, wybieramy źle.
Nie dlatego, że jesteśmy głupi. Wprost przeciwnie — dlatego, że jesteśmy zbyt pewni, iż rozumiemy układ figur.
W każdą sobotę siadamy naprzeciw siebie przy szachownicy. Antol potrafi godzinami patrzeć na planszę, obliczać warianty, przewidywać odpowiedzi, których jeszcze nie ma. Gra precyzyjnie, z chłodem, bez pośpiechu. Teoretycznie powinien wygrywać zawsze. A jednak częściej wygrywam ja — przez przypadek, przez niedokładność, przez coś, czego nie sposób zapisać w notacji.
— Widzisz? — mówi wtedy spokojnie. — Wybrałeś źle. Tyle że ja też.
Od czterech lat Antol jest obecny przy większości moich decyzji. Przy tych rozsądnych i przy tych, które doprowadziły mnie do obecnej, mało chlubnej sytuacji. On sam w tym czasie nie podjął żadnej.
Twierdzi, że cywilizacja, jeśli chce przetrwać, musi nauczyć się porzucać swoje planety. W rozszerzającym się wszechświecie nie ma miejsca na przywiązanie. Źródła energii gasną, gwiazdy stygną, wszystko oddala się od wszystkiego. Przetrwać mogą tylko ci, którzy są gotowi przenieść się dalej, zanim zrobi się za zimno. Reszta to sentyment.
Słucham go i myślę, że jego kosmos jest tylko większą wersją naszej szachownicy. Figury przesuwają się według równań. Ruchy są ograniczone. Kto zostanie zbyt długo w jednym miejscu, przegrywa.
Znam go od podstawówki. Biegaliśmy za nim po schodach, a on udawał przerażonego, przyciskając do piersi wielką torbę. Zawsze uciekał w dół, przez wahadłowe drzwi, przez skwer, w stronę budynku, w którym pracował jego ojciec. Tym razem jednak potknął się na półpiętrze. Z tornistra wypadła metalowa rura, którą od tygodni potajemnie wypełniał na kółku chemicznym. Rura zsunęła się między stopniami i eksplodowała piętro niżej, wyrywając w schodach sporą dziurę. Pamiętam krzyk nauczycielek i jego spojrzenie — nie przerażone, lecz zdumione, jakby świat po raz pierwszy nie wykonał przewidzianego ruchu.
Wiosną wszystko wydaje się większe, a powietrze bardziej przezroczyste. Tego dnia także. Słońce rozciągało się po elewacjach jak obietnica, że nic złego nie może się wydarzyć. W taksówce, utkwionej w popołudniowym korku, zdjąłem płaszcz i zapaliłem papierosa. Taksówkarz klął na upał. Ja wypuszczałem strużki dymu i podawałem mu godzinę odjazdu tak bliską, że było jasne, iż nie zdążę. Martwił się. Ja nie.
Wyszedłem z domu wcześniej. Chciałem przed wyjazdem usiąść na chwilę przed katedrą i sprawdzić, czy naprawdę wiem, dokąd jadę. Mówiłem sobie, że to zawodowa podróż, kilka wykładów, dwa miesiące poza codziennością. A jednak w taksówce wyobrażałem sobie siebie jako kogoś, kto opuszcza własne miasto z większego powodu, niż sam potrafi nazwać.
Kiedy dotarłem na dworzec, nic nie wydarzyło się poza tym, co zaplanowane. Bilet czekał w kasie, gazety w kiosku, pociąg na torze. Banał.
Stałem w przejściu wagonu, wychylony przez okno, i patrzyłem na konstrukcję kolońskiego dworca. Zawsze budziła we mnie coś na kształt trwogi. W stalowych łukach i szklanym sklepieniu było przekonanie, że człowiek może zmusić materię do posłuszeństwa. Ten rodzaj pewności onieśmielał mnie bardziej niż religijne obietnice.
Wszedłem do przedziału sypialnego doczepionego tuż za lokomotywą. Pociąg był prawie pusty.
Tego dnia widziałem go pierwszy raz od dwudziestu lat.
Wszedł bez słowa. Odpowiedział lekkim uśmiechem na moje spojrzenie, zdjął kurtkę i sprawnie przygotował sobie posłanie na górnej pryczy. Wyszedł na chwilę do korytarza. Idąc, dotykał dłońmi raz jednej, raz drugiej ściany, jakby sprawdzał, czy wagon jest rzeczywisty.
Wrócił. Usiadł naprzeciw mnie. Z torby wyjął książkę. Obracał ją przez moment w dłoniach, po czym otworzył na przypadkowej stronie i zaczął czytać.
Z natury jestem ciekawski. Nie potrafię nie sprawdzić, co czyta człowiek siedzący obok. Nachyliłem się nieznacznie.
Tytuł zobaczyłem wyraźnie.
„Mechanika napędów kwantowych”.
Po czesku.
To mógł być tylko Antol.
/1993/
