Metadane. Droga do Puerto Natales.


Zebranie dwóch przypadkowych osób w odizolowanym miejscu nie jest ani pomysłem nowym, ani szczególnie odkrywczym. A jednak kiedy zaczynałem pisać historię, która dziś nosi tytuł Do Puerto Natales, wydawało mi się, że to wystarczy. Dwoje ludzi, zamkniętych w jednym „pudełku”, zmuszonych do rozmowy. Reszta miała wydarzyć się sama.

Na początku był dialog. Długi, niemal kompulsywny. Dorosły mężczyzna i młoda kobieta wyjaśniają sobie świat i siebie nawzajem. Tekst rozrósł się do rozmiaru większego opowiadania. Byłem z niego zadowolony. Miał napięcie, miał energię, miał tezy.

Brakowało tylko jednego: prawdopodobieństwa.

Nie chciałem zabić ciekawie zapowiadającej się historii banalnym pretekstem. Potrzebowałem silnego impulsu zewnętrznego, który zamknie bohaterów razem i zmusi ich do rozmowy. Przez chwilę rozważałem Tatry, ale Tatry szybko odrzuciłem — nie wychodzi się w nie z namiotem bez powodu. Scenariusz załamania pogody w górach wciąż wydawał mi się elegancki – a więc Alpy. W pół doby bohaterowie się spotykają, rozmawiają, wzajemnie się rozgrzeszają i zasypiają. Rano każde idzie w swoją stronę.

Historia miała wtedy jeden arkusz wydawniczy. Nazwałem ją nowelą. Nawet „nowelą filmową”. Nie wiedziałem jeszcze, że to zobowiązanie na przyszłość.

W tym samym czasie przeżywałem własną obsesję: Chile i Gunther Plüschow. Przeglądałem zdjęcia, czytałem relacje, oglądałem filmy. I wtedy natrafiłem na opis dramatycznego przelotu jednosilnikowym samolotem (Mooney) z Puyuhuapi do Puerto Natales. Relacja była rzeczowa, techniczna, a jednocześnie pełna napięcia. Zawierała też kilka anegdot o Chile, które mnie zachwyciły.

I przyniosła olśnienie.

Przeniosłem akcję do Chile. Bohaterowie dostali nowe biografie. Ona otrzymała imię Angela — takie samo jak pasażerka tamtego lotu. To pozwoliło mi zbudować wyraźniejszy kontrast: inżynier i artystka, kontrola i chaos, materializm i duchowość. Dodałem dzień poznania, dodałem historię miejsca, rozbudowałem wątek lotniczy. Tekst urósł. Stał się czymś pomiędzy opowiadaniem a powieścią.

Pierwsi czytelnicy byli bezlitośni. Nawet ci, którzy latali, twierdzili, że lot jest nierealistyczny. Mężczyźni, że za dużo rozmów. Kobiety, że z mężczyznami tak się nie rozmawia.

Zostawiłem tekst jak był.

Na ponad rok.

Dopiero po narodzinach mojej córki wróciłem do tej historii. Zmieniło się we mnie coś istotnego — pozwoliłem bohaterom zostać ze sobą dłużej. Przestałem kontrolować ich rozstanie. Dodałem kolejne dni, pogłębiłem relację. Historia stała się mniej konceptem, a bardziej doświadczeniem.

Potem tekst znów trafił do szuflady.

Kilka lat później pewna redaktorka przeczytała go i wskazała wszystkie słabości konstrukcyjne. Usunąłem pretensjonalne dialogi. Pogłębiłem wiedzę geograficzną. Został jednak problem lotu.

I wtedy stało się coś, co w literaturze brzmi jak zmyślenie.

W jednej ze starych wersji pliku, wśród zapisanych przeze mnie zdjęć z Chile, znalazłem metadane. Nazwisko. Datę. Informację o autorze logów, które czytałem. Wysłałem mail.

Flemming odpisał szybko. Potwierdził, że lot jednosilnikowym samolotem w górach zawsze wiąże się ze zwiększonym ryzykiem. Przyznał, że największym jego zmartwieniem była wtedy ewentualna awaria silnika. Przeczytał angielską wersję tekstu i obszedł się z nią zaskakująco łagodnie.

A Angela — ta prawdziwa — śmiejąc się przyznała, że bała się wtedy do granic paniki.

Flemming okazał się inżynierem i doświadczonym pilotem o światowej renomie. Angela — artystką i pisarką. Tego wszystkiego nie mogłem wiedzieć, pisząc pierwszą wersję noweli. Rzeczywistość okazała się nie tyle mniej prawdopodobna od fikcji, ile dziwnie z nią zsynchronizowana.

Wykorzystałem sugestie Flemminga. Skorygowałem przebieg lotu (inny samolot), sposób lądowania, napięcia techniczne. Do Puerto Natales przyjęło ostateczny kształt.

Czy ta wiedza zmieniła samą książkę? Niewiele. Zmieniła natomiast mnie. Dała mi niezwykłe doświadczenie uczestnictwa w świecie, który okazuje się większy niż nasze projekty i tezy. Świecie, w którym fikcja i rzeczywistość potrafią się spotkać — czasem dzięki zwykłemu ciągowi cyfr zapisanych w metadanych zdjęcia.

Może właśnie dlatego wciąż piszę.

Przekonany, że świat jest większy, niż nam się wydaje.