Nie tłumaczę wszystkiego.
Przekładam tylko to, co jest dla mnie ważne.
Każde tłumaczenie jest podróżą. Nie w sensie metaforycznym, lecz bardzo konkretnym: wymaga wejścia w obcy krajobraz języka, rozpoznania jego rytmu, napięć i fałszywych skrótów. Trzeba się w nim poruszać uważnie, bez pośpiechu, wiedząc, że nie wszystkie ścieżki prowadzą tam, dokąd obiecują. Po takiej podróży zawsze coś zostaje — ślady, które niekoniecznie nadają się do publikacji w gotowym tekście, ale które były niezbędne, żeby ten tekst w ogóle mógł powstać.
Te notatki są zapisem takich śladów.
Czasem mają charakter czysto techniczny: przypominają o rozwiązaniach, które zadziałały albo zawiodły; o zdaniach, które trzeba było rozebrać na części pierwsze; o miejscach, w których język docelowy stawiał opór i wymuszał kompromis. Są to reminders — zapiski robocze, pomocne głównie dla mnie samego, ale pozostawione w formie jawnej, bez zamiatania ich pod dywan „finalnej wersji”.
Innym razem są to kamienie zostawione na szlaku. Nie po to, by kogokolwiek prowadzić, lecz po to, by zaznaczyć miejsce, w którym trzeba było się zatrzymać. Takie punkty ciężkości — momenty, w których sens okazywał się ważniejszy od poprawności, a decyzja translatorska niosła ze sobą konsekwencje wykraczające poza pojedyncze zdanie. Ich waga nie polega wyłącznie na znaczeniu; bywa, że są ciężarem, który trzeba było unieść, żeby iść dalej.
Przekład nie jest czynnością neutralną. Zawsze odsłania hierarchie: to, co uznaje się za istotne, i to, co można poświęcić. W tym sensie każda decyzja translatorska jest również decyzją etyczną i estetyczną, nawet jeśli ukrywa się pod pozorem technicznej konieczności. Notatki zgromadzone tutaj nie próbują tego faktu maskować.
Nie są one instruktażem ani poradnikiem. Nie tworzą systemu i nie aspirują do zamkniętej teorii przekładu. Są raczej zapisem praktyki — pracy wykonywanej w czasie, z określonymi tekstami, w konkretnych językach. Jeśli łączy je jakaś zasada, to jedynie ta, że sens nie jest dany z góry, a poprawność nie jest wartością absolutną.
Reszta należy do czytelnika.
Albo zostaje na marginesie — tam, gdzie zwykle rodzi się to, co naprawdę istotne.
