Burza


W noc moich urodzin ciepłe masy powietrza znad Atlantyku spotkały się nad Peak District z arktycznym powietrzem, i ta anomalia przyniosła huraganowe wiatry i gwałtowne burze. Później, we wiadomościach, poetycko relacjonowali, że również mieszkańców Hayfield obudziło nad ranem zawodzenie alarmów samochodowych, dekompozycja miasta i szczekanie wozów strażackich.

Ale ta epicka burza nie obudziła jednak wszystkich.

A już na pewno nie mnie.

Jej odgłosy doszły do mnie jakby… po fakcie. Pisałem do późnej nocy i zmęczony pracą mocno zasnąłem. Spałbym tak pewnie do południa, gdyby na dom nie runęło z hukiem drzewo.

Huk – to był zaledwie koniec spadania. Był to dźwięk, jaki wydawały rwące się korzenie, pień napierający na opierzenia budynku i wreszcie gałęzie wyrywające antenę satelitarną z muru, tuż przy oknie frontowym mojej sypialni.

Kiedy otwarłem oczy, wokół mnie natychmiast było jasno.

Było też bardzo cicho.

Jeśli drzewo na murze domu padło dopiero teraz, oznaczało to, że trzymało się bardzo długo i że dzielnie walczyło, ale to mnie akurat nie zdziwiło, bo ostatnim drzewem z tych, które po narodzinach każdego z nas posadził w ogrodzie ojciec, był Mały Willy.

Willy był najmłodszy z nas.

Był tyle samo młodszy ode mnie, co ja od Roberta, a to – jak na ironię – jego drzewo przetrwało najdłużej. Czasami mówił, że ostało się dlatego, żeby mu przypominało, że ojciec go opuścił.

Ale tak naprawdę nie wiem, czy ojciec naprawdę nas opuścił. Ciągle był z nami w jakiś tam sposób, tak więc wątpię, czy skargi Williego miały w ogóle sens. Ale siła powtórzenia jest tak wielka, że jedną z pierwszych myśli, które wywołały iglaste gałęzie wchodzące do pokoju, była ta, czy Willy mu w końcu wybaczy.

*

Komórka zadzwoniła głośno i natarczywie. Jej dźwięk dochodził z podłogi i zajęło mi trochę czasu, zanim ją zlokalizowałem. Była w kieszeni spodni, które zrzuciłem z siebie przy łóżku kładąc się spać.

Był to Robert.

Musiało to być coś ważnego, bo Rob zazwyczaj nie dzwonił o tak wczesnej porze, a na życzenia było stanowczo zbyt wcześnie.

– Cześć. Co się stało?

– Jak to – „co się stało”. Montuję wiadomości i widzę Małego Williego na naszym domu! – w głosie Roberta było wszystko – włączając irytację.

– Jak to z tamtej strony wygląda? – zapytałem, szukając pilota od telewizora.

– No… słabo. Chwila! Nie byłeś jeszcze na zewnątrz? – zapytał bezlitosnym głosem starszego brata.

– Daj mi się ubrać – odpowiedziałem, nie do końca przytomnie. – Zadzwonię jak się ogarnę.

– No myślę – rzucił zły do telefonu. – Cała ta nasza ulica wygląda jak po bombardowaniu.

Ale to już mówił tylko do siebie.

*

Zszedłem na dół tak, jak wstałem. Na dole wciągnąłem na bose stopy stare adidasy. Nie skierowałem się do ogrodu, tylko wprost na ulicę, i z chodnika, z przeciwnej strony drogi, obserwowałem, co się właściwie wydarzyło.

Na każdej z posesji rozgrywał się większy lub mniejszy dramat.

Najbardziej ucierpiały samochody.

Na Tesli Warda wylądował kur z jakiegoś komina, ale ponad dziesięciometrowy świerk opierający się o budynek musiał się wydać komuś znacznie bardziej malowniczy, i chyba tylko dlatego znalazł się w newsach.

Dla mnie z kolei zmasakrowane auta, zerwane przewody, dachówki leżące w kałużach i potoki wody na ulicy i we wjazdach na posesje wyglądały bardziej dramatycznie.

Ale ja patrzyłem inaczej niż Robert.

Wróciłem do domu, zatrzasnąłem za sobą drzwi i przeskakując po kilka stopni wbiegłem po schodach, kierując się do łazienki, żeby wziąć prysznic. Dopiero kiedy stałem pod strumieniem wody dotarło do mnie, ile mnie czeka roboty przez tę cholerną burzę.

*

Kiedy ostygłem po kąpieli i kiedy już ubrałem się właściwie, obszedłem dom i całą posesję. Drzewo to nie był mój jedyny kłopot. W każdym zakątku ogrodu leżały jakieś fragmenty czegoś. Dopiero kiedy oceniłem straty, oddzwoniłem do Roberta, spodziewając się, że się będzie dalej wymądrzał.

Rob odebrał dopiero za trzecim podejściem i bez wstępu zalał mnie potokiem rad. Nie pamiętam, czy w ogóle zdążyłem opowiedzieć mu o pozostałych stratach, bo dla niego najważniejsze było drzewo, jego news.

Tak, próbowałem zgłosić, że drzewo spadło na dom i może stanowić zagrożenie, jeśli zsunie się na ulicę. Tak, nie dodzwoniłem się. Tak, pójdę poszukać strażaków, żeby się zajęli drzewem. Tak, wiem, że są prywatne firmy które usuwają powalone drzewa. Tak. Tak. tak. Zmęczył mnie. To w końcu drzewo Williego spadło na mój dom. „Dość” – pomyślałem – „Niech się zajmie swoimi domami w Londynie!”

Zanim nacisnąłem czerwony przycisk wydało mi się, że usłyszałem: „Jeszcze się dziś zobaczymy”.

Ale równie dobre mogłem się przesłyszeć.

Nie przyjeżdżał do mnie. Nie wracał do domu od czasu, kiedy zabrał ze sobą, do Londynu, Shimamoto. Minęło osiem lat, a w tej sprawie – jakby nic się nie chciało zmienić. Moja rola dawno się już była skończyła, a prób nakłonienia Roberta, by załatwił tę jedną jedyną rzecz i rozmówił się z Willim – nie zliczę. W byciu bratem byłem najwyraźniej nieudolny, bo każda próba kończyła się tak samo, w odwracaniu oskarżeń i w pretensjach. Tak więc jakoś nie miałem powodu sądzić, że kiedykolwiek to się zmieni.

*

Rozmowę z Robertem przeprowadziłem w salonie, siedząc w fotelu ojca. To znaczy w fotelu, który przytargał z jakiegoś bootfair’u i postawił w miejscu koło kominka, zarzekając się, że na starość będzie w nim siedział i czytał książki.

Ale nigdy w nim nie siedział. Starość nie nadeszła, on sam odszedł, no i został ten fotel. Ostatnia z rzeczy po nim, której nie udało się usunąć z domu matce.

Pierwsze zostało usunięte drzewo Roberta.

Ojciec posadził je u skraju działki, zbyt blisko sąsiada, jak się miało okazać, bo w miarę, jak rosło, cień drzewa zabierał mu słońce. Spór z panem Wardem o ten cień toczył się przez lata. Najpierw były to żarty, później sprzeczki, później gmina, aż w końcu sąd. Wyrok przyszedł na mnie, nie więcej niż miesiąc po tym, jak ojciec był odszedł na dobre. Pokazałem go matce, i… to był mój pierwszy dorosły błąd.

Kiedy następnego dnia wróciłem ze szkoły, Robert leżał pocięty na klocki.

„Zanieś to do drewutni” – usłyszałem.

I niczego innego niż to – nie mogłem zrobić.

Wtedy zrozumiałem, o co chodziło ojcu. Gdy dzwoniłem do niego, zawsze zaczynał od pytania: „czy wszyscy żyją?”

Sprawdzał, czy szkody są nieodwracalne.

Jak z Susan Ward.

*

Drzwi wejściowe się powoli uchyliły i zza nich wyłoniła się ruda głowa, a za nią postać ubrana w jasnoniebieskie jeansy, białą koszulkę i czarną, krótką, dopasowaną, skórzaną kurtkę.

– Widzę cię Ruda… – powiedziałem w kierunku drzwi.

– W ogniach miedzianych… – odpowiedziała.

Susan Ward stała w korytarzu i patrzyła na mnie.

Jej głos się zawiesił i natychmiast się zmienił.

– Wybacz najście, Sunny, dzwoniłam do drzwi, ale dzwonek nie działa. Zapukałam, ale nie odpowiedziałeś…

Patrzyłem na nią z fotela i nie wiedziałem, co powiedzieć. Od dawna nie widziałem jej z tak bliska. Stała tak – smukła, niepewna. „Ruda” – cały czas ją tak widziałem.

– Cześć – odpowiedziałem. – Co jest?

– Strażacy pytają o drzewo. Jeśli znów zawieje, może się osunąć na ulicę.

A więc strażacy…. Takie niespodziewane rozwiązanie sprawy drzewa odpowiadało mi.

Wstałem z fotela. Powoli. Podszedłem do Susan i powiedziałem:

– Dzięki za wieści. Nie ogarnąłbym tego sam – skłamałem.

Ona tylko skinęła głową i zawróciła w kierunku wyjścia.

Poszedłem za nią.

Za furtką stali już we trzech i planowali.

– Dzień Dobry! Ma znów wiać, usuniemy to, inaczej będziemy musieli tutaj wracać.

Skinąłem głową, pełen wdzięczności chciałem coś uprzejmego powiedzieć, ale najniższy ze strażaków był już w furtce i przerwał mi potok rozpędzających się myśli.

– Możemy wejść, kolego?

Pociągnąłem Susan za rękę i wpuściłem ich na posesję.

– Zdejmiemy je z budynku i potniemy na kawałki. Resztą będziesz musiał zrobić sam – usłyszałem po przyjacielsku.

– Mogę jakoś pomóc? – zapytałem.

– Przydała by się kawa! – powiedział dowódca i mijając mnie położył mi rękę na ramieniu.

*

Susan poszła do domu za mną.

– Pomogę ci! – powiedziała.

Nie miałem nic przeciwko temu, a nawet gdybym miał, nie potrafiłem być dzisiaj okrutny, więc spróbowałem rozmowy.

– Jakie macie straty?

Przez chwilę się zastanawiała.

– Auto ojca, dwie szyby w altanie, trochę połamanych gałęzi. No i woda w piwnicy.

Wsypałem kawy do dzbanka i nastawiłem wodę, zdziwiony trochę, że w gniazdkach jest prąd.

– Do nas też doszło, na pewno po kostki. Ogarnę strażaków i się za to zabiorę. Chwila, Susan, powinni mieć przecież pompę!

– Cały czas zajęta, najgorzej jest u Carpenterów no i u Hooda. Pytałam, ale mają tam trzy budynki do odpompowania, w tym cały sklep z elektroniką!

– Nieźle – wymamrotałem. – To ja mam w sumie mały kłopot!

Susan uśmiechnęła się.

– Ty się nigdy nie martwisz o siebie.

Spojrzałem na nią. Oczywiście, że się martwiłem, ale teraz miałem na głowie kawę dla strażaków.

No i Susan.

– Chcesz z filtra czy z ekspresu? – zapytałem, choć ręka sama poszła do automatu.

– Z ekspresu, powiedziała nieśmiało zza moich pleców.

Nie była w tym domu od jedenastu lat. Trzeba było kataklizmu, by się znów razem napić kawy.

Kiedy nieśliśmy kawę do ogrodu, przyjrzałem się jej, jakby szukając upływu czasu, ale ona się nie zmieniła. Drobne ciało jak u nastolatki, zgrabny tyłek, skupione, dziewczęce ramiona.

Strażacy mieli rację. Znów zaczynało wiać. Pracowali w wyraźnym pośpiechu, ale kawę przyjęli z wdzięcznością. Nie czekaliśmy, aż wypiją, tylko wróciliśmy do domu.

W międzyczasie kawa w ekspresie była gotowa. Podałem Susan jej filiżankę i przeszliśmy do salonu. Ja w fotel ojca, Susan siadła na krześle, przy oknie.

Rozmawiając ze mną przyglądała się strażakom.

– Dawno nie widziałam Meredith i dzieciaków – rozpoczęła.

Nie mogła nie wiedzieć, ale zaczęła ładnie.

– Jest w Hull, u matki – odpowiedziałem patrząc w górę, w jej oczy. – Zostaną już tam chyba na dobre.

Patrzyła na mnie: z góry, ale nie z góry na dół.

– Przykro mi – powiedziała.

Na pewno było jej przykro. Empatii jej nie brakowało, i pewnie bym jakoś wyraził wdzięczność za troskę, ale usłyszałem walenie do drzwi.

Stał w nich mały strażak z kubkami.

– Dziękujemy za kawę, drzewo pocięte. Trochę uszkodziliśmy płot. Aha, jest jeszcze coś. Zanim zaczniesz tam sprzątać, musisz zdjąć antenę. Wisi na jednej śrubie i może spaść komuś na głowę. My mamy inne rozkazy, od teraz jesteś zdany na siebie.

Wypuściłem ich za furtkę i poszedłem na front domu.

Chłopak miał rację. Pień Williego leżał pocięty na jardowe odcinki, był też oczyszczony z co większych gałęzi. „Z tymi mniejszymi sobie już poradzę sam” – pomyślałem.

Na antenę musiałem jeszcze wymyślić sposób.

*

– Dzisiaj masz urodziny – przywitała mnie, kiedy wróciłem do domu.

Była skierowana krzesłem do okna, więc pewnie mi się przyglądała, gdy stałem wśród fragmentów Williego zastanawiając się, co z nimi dalej począć.

– Tak, trzydzieści pięć – patrzyłem na nią. – Szybko przeleciało.

Przyglądała mi się chwilę i zapytała:

– Czego ci życzyć? – zapytała.

Nie wiedziałem. Od kiedy przestałem na coś czekać, chyba wszystko miałem.

– Nie wiem Susan. Pożycz mi czegoś w myślach.

W dłoniach trzymała nadal filiżankę, choć kawa w niej już się pewnie dawno skończyła.

– Napijesz się jeszcze? – zapytałem.

– Tak. Nie! Muszę iść.

A więc też nie wiedziała.

Odprowadziłem ją do furtki. Pożegnała się jakoś nieokreślenie, podniosła dłoń skierowaną wnętrzem do mnie, tak na wysokość piersi, i zamiast zrobić Spocka – pomachała nią. Odwróciła się piruetem i zniknęła za murem.

Nie wyjrzałem za nią.

*

Tak naprawdę zawsze oglądałem się za nią. Kiedy parkowała we wjeździe, by wjechać do domu, kiedy przechodziła ulicą, lub kiedy przejeżdżała obok… Ale wtedy się wycofywałem. Potem wyjechała na długo, do Londynu, a teraz znów za nią patrzyłem. Odczekałem chwilę i wróciłem do domu. Ruda. Jak to szło?

Widzę cię Ruda

W ogniach miedzianych

w rozbiegach szklanic

na spragnionych ustach

a gdy pod stół

padnę z wielkim hukiem

pogłaskaj mnie do snu

litościwym kciukiem.

Na telefonie miałem dwa nieodebrane połączenia.

Robert.

Dziś nie miałem dla niego cierpliwości. Dochodziła jedenasta, a do uprzątnięcia był jeszcze bałagan w ogrodzie, nie mówiąc już o piwnicy. Odrzuciłem telefon na fotel i poszedłem do kuchni, by zrobić sobie coś do jedzenia.

Zaparzyłem świeżą kawę w filtrze, usmażyłem cztery grzanki. Położyłem na nich jajka i siadłem do kuchennego stołu. Na narożniku. Przy oknie, by światło padało na stół.

Tak siadał ojciec. Grzanka, kawa, papieros i gazeta, na którą padało światło z przeszklonej jadalni. Tak siadałem też ja. Im byłem starszy, tym bardziej czułem się związany z tym mężczyzną, siedzącym wcześnie rano, kiedy jeszcze spaliśmy, przy kawie i czytającym gazetę.

Znów telefon.

Nie pozwoliłem siebie popędzać. Skończyłem jeść i dopiero po tym, jak zjadłem ostatni kęs, poszedłem zobaczyć kto i po co. Oczywiście, nieodebrane połączenie pochodziło od Roberta. I sms na dokładkę: „Będziemy około 15:30”.

„Będziemy? Kto?” – pomyślałem. Zapowiedź wizyty odebrałem jako kolejny kłopot, bo Robert nie był mi do niczego potrzebny, ani w liczbie pojedynczej, ani w mnogiej.

*

Odłożyłem naczynia do zmywaka i resztę kawy przelałem do kubka. Wyszedłem do ogrodu, i postawiłem go na stole w altance. Gdzieś w drewutni powinna być siekiera, ale tak z marszu znalazłem tylko łuparkę, która – jak do obcinania gałęzi – była zbyt ciężka i to nie było właściwe narzędzie. „Zanim wszystko uprzątnę, to się spalę – pomyślałem. Przerzuciłem całą komórkę i dopiero głęboko pod stertą drewna znalazłem strażacki topór z pomalowanym na czerwono obuchem. Topór pamiętał jeszcze dziadka. Ojciec opowiedział mi kiedyś, że zostawili go strażacy po pożarze Sptfire’a, który spadł w 1940 na magazyn Hooda. Wtedy to dziadek z innymi pobiegł ich ratować, a kiedy strażacy odjechali, on został z tym toporem w ręku.

Teraz ja miałem go w dłoni.

Z niemałym trudem odciągnąłem kawałki pnia od budynku. Spiczasta strona obucha okazała się być jak znalazł. Wyobraźnia, którą uruchomił strażak, też działała. Cały czas spoglądałem w górę, na wiszący talerz. Oczyściłem pnie leżące pod ścianą budynku z co większych gałęzi i całość odrzuciłem daleko, pod płot, by zrobić miejsce dla drabiny. Robota pochłonęła mnie tak, że zapomniałem o całym świecie.

Ale Williego nie ubywało.

Kiedy sobie przypomniałem o kawie w altanie, była ledwie ciepła. Wypiłem całość duszkiem i poszedłem na tył ogrodu, po drabinę.

*

Ściana frontowa w salonie i piętro wyżej, w mojej sypialni, była półokrągła i wystawała poza kwadrat budynku. Trzy okna w łuku ściny były przedzielone murem na tyle szerokim, że drabina mieściła się między oknami. Z węgarka między pierwszymi dwoma oknami zwisała antena.

Najpierw postawiłem drabinę pod sąsiednim oknem, ale antena trzymała się akurat na śrubie, do której nie mogłem dosięgnąć. Powinienem więc przedstawić drabinę pod antenę, i tutaj zadziałała wyobraźnia. Jeśli coś zrobię nie tak, antena mogła spaść mi na głowę. Tak więc kiedy poszedłem po klucz, poszedłem nie tylko poszukać półcalowego, ale też jakiegoś hełmu ochronnego. Nie wiadomo dlaczego, ten hełm mnie rozbawił. Ale choć przerzuciłem wszystko, i tak żadnego nie znalazłem. Za to kluczy wziąłem kilka.

Wsadziłem je do bocznej kieszeni spodni i wziąłem się za drabinę.

Była stara, drewniana i ciężka, i trudno było nią manipulować.

– Lepiej załóż coś na głowę – usłyszałem.

Milczałem i manewrowałem dalej drabiną.

– Trochę bardziej w lewo!

Głos Susan był skupiony i precyzyjny.

– Teraz podepchnij w górę!

Ostatni szczebel drabiny był pod samą śrubą, a antena zwisała po lewej stronie drabiny nie dotykając jej.

– Brawo! – usłyszałem z ulicy.

Susan się nie zniechęcała.

Odwróciłem się do niej.

– Dam sobie radę! – powiedziałem.

Nie odpowiedziała od razu.

Podeszła bliżej, tak, że jej głowa ledwie co wystawała spoza muru.

Nie ruszając się z drabiny zbliżyłem się do niej również.

– To nie jet robota dla jednej osoby. Pomogę ci.

– Nie masz kasku – odpowiedziałem kategorycznie. – Ryzyko jest zbyt wielkie.

Jeszcze nie wiedziała, czy mówię to na serio, czy żartuję.

Sam też tego nie wiedziałem.

– Muszę poszukać czegoś do podparcia anteny – stwierdziłem.

Teraz ruszyło się moje ciało. Poszedłem na tyły ogrodu, gdzie wzdłuż płotu powinny leżeć jakieś żerdzie. Rzeczywiście było ich kilka. Omszałe i oślizgłe.

Wybrałem dwie najlżejsze.

Kiedy wróciłem pod antenę, Susan tam nie było. Miałem nadzieję, że rozpozna żart, ale się przeliczyłem. Pożałowałem nawet chyba, że się tego spodziewałem.

Pierwszą żerdź wsunąłem pod konwerter, pchnąłem całość w górę, a dolny koniec żerdzi nasunąłem na betonową obwolutę domu. Antena zaskrzeczała i zawyła, ale nie odpadła. Wszedłem na kilka stopni żeby sprawdzić, czy da się dotrzeć kluczem do śruby. Ale byłem zbyt wysoko i przez czaszę anteny nic nie widziałem.

– Dwa cale w dół! – usłyszałem.

Nie odwróciłem się od razu.

Jeśli był wcześniej jakiś impuls, to się wyczerpał.

Ale Susan chyba uważała inaczej.

– Jeszcze niżej, mówiłam, że dwa!

Odwróciłem się.

Stała na ulicy, przed płotem, z głową w kasku budowlanym, a jej palec wskazujący i kciuk pokazywały dystans między kluczem i śrubą. Odwróciłem się do ściany żeby nie parsknąć śmiechem.

– No więc ile? – zapytałem.

– No niżej! – dobiegło zza płotu.

Oczko trafiło w końcu na śrubę. Odciągnąłem klucz w lewo, jak do odkręcania, ale śruba ani drgnęła. Spróbowałem raz jeszcze, mocniej, wtedy się poruszyła, za to przekręciłem wspornik anteny tak pechowo, że konstrukcja zajęczała i przesunęła się dalej na lewo. Teraz mogłem dostrzec, że oczko wspornika oparło się na śrubie i ją zablokowało. Pewne było tylko to, że jeśli nie uda mi się uwolnić śruby spod tego naprężenia, nie uda mi się jej odkręcić.

– Potrzebuję drugiej żerdzi – powiedziałem do siebie, ale tak, żeby mnie było słychać za płotem.

– Pomóc ci? – usłyszałem jej głos.

– Nie, dziękuję – odpowiedziałem dusząc się ze śmiechu.

Gdybym się wtedy odwrócił, musiałbym parsknąć.

Nadal nie odwracając głowy zszedłem na dół, by drugą żerdzią zablokować czaszę w pozycji takiej, żeby śruba chciała się obrócić.

*

„Lewo. Prawo. Niżej. Wyżej. Postaraj się bardziej. Już prawie. No nie, cholera”.

Drugiej żerdzi nie było o co oprzeć.

– Może jednak pomogę? – zapytała z nadzieją w głosie.

– Nie! – odwarknąłem.

Musiała przecież istnieć w przestrzeni jakaś konfiguracja, w której zdejmę tę cholerną czaszę sam.

– Podstaw coś, albo weź dłuższą żerdź! Wtedy dopchniesz antenę do ściany – odezwała się, niezrażona.

Odwróciłem się w kierunku ulicy. Znad płotu wystawał tylko biały kask. Nie mogła mnie z tego miejsca widzieć i to mnie uspokoiło, bo nie będzie świadkiem mojej klęski. Z drugiej strony zasłużyła na zadośćuczynienie, bo kiedy przyniosłem drugą żerdź, nagle wszystko okazało się być niepokojąco łatwe. Odsunąłem się od ściany i podparłem antenę. Kąt pochylenia żerdzi był taki, że zablokowała się u góry na skraju czaszy, a na dole trafiła dokładnie pod kawałek Williego.

– No widzisz? To całkiem łatwe! – stwierdziła tryumfalnie. – Może ją przytrzymać, albo podać ci klucz?

– Nie! – znów szczeknąłem.

Wspiąłem się na drabinę.

Ale znów jedynie bezpieczna była pozycja taka, w której nie widziałem śruby. Próbowałem najpierw dosięgnąć śruby dłonią, bez klucza. Opuściłem rękę w dół, gdzie spodziewałem się ją znaleźć. Ale bez klucza ręka była zbyt krótka. Szamotałem się na drabinie coraz bardziej zakłopotany, bo wiedziałem, że Susan gdzieś tam była. Ale pomóc mogła mi tylko jej nieobecność.

Wziąłem klucz do ręki i opuściłem ją tam, gdzie śruba na pewno musiała być.

Trafiłem za pierwszym razem.

– Obróć go otwartą stroną, nie założysz oczka pod takim kątem! – usłyszałem od ulicy.

Machinalnie obróciłem klucz i przyłożyłem – jak mi się wydawało – w to samo miejsce.

– Dwa cale w prawo! – znów głos Susan.

Przesunąłem nadgarstek.

– Jeszcze kawałek w lewo i pół cala w górę! – jej głos wydał mi się znów niższy.

Klucz siadł od razu.

Przekręciłem ćwierć obrotu, potem znów dwie ćwierci, aż śruba była na tyle wysunięta, że mogłem nałożyć na nią oczko.

– Teraz spróbuj z oczkiem!

Znów trafiłem za pierwszym razem i nieomal euforycznie zacząłem obracać klucz wokół śruby. Kiedy wysunęła się ze ściany wraz z obluzowanym dyblem, antena z wspierającą ją konstrukcją runęła w dół. Uciekając ręką zorientowałem się, że nie prowadził mnie głos Susan.

Był to głos Williego.

Willy sterczał wysoko między Robertem i Susan.

Choć było po wszystkim i antena leżała bezpiecznie na trawie, stałem nadal na drabinie, niby gotów zejść , ale… najnormalniej w świecie nie widząc jak.

*

Zanim zwlokłem się w dół, i się otrząsnąłem z pierwszego przerażenia, byli już w ogrodzie. Willy rozświetlony i uśmiechnięty podszedł do mnie i mnie objął.

– Wszystkiego na co zasłużyłeś, staruszku.

Poczułem jego silny uścisk i zdałem sobie sprawę z tego, że Willy pozostał taki sam. Oprócz tego, że jego uścisk był potężniejszy niż osiem lat temu, nie było zmiany.

– Zwinąłem go z lotniska – poinformował mnie Robert.

Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. „Zaplanowali to – pomyślałem – nie ma takich przypadków”.

– Przyleciałem rano, chciałem do ciebie zadzwonić, ale zmieniałem telefon i twój numer przepadł. Ale telefon do tego gnoja znam na pamięć. I takim oto sposobem tu jestem….

„Ukartowali to” – pomyślałem znów. „Ale Susan?” Susan stała kilka kroków za nimi, w przekrzywionym kasku.

– Mały Willi nie dał rady – powiedziałem głosem pozbawionym zaangażowania.

Wszyscy kiwnęli jak na sygnał głową.

– Chodźmy do domu. Zrobię kawę – dodałem w odruchu rezygnacji.

Jestem pisarzem, ale moja wyobraźnia nie sprostała tej trójce na moim trawniku. Wyprzedziłem ich i zaprowadziłem gęsiego do domu: Williego, Roberta i kask.

*

Do domu weszli za mną. Cały dół – wejście, salon kuchnia i całkowicie przeszklona jadalnia, tkwiąca w ogrodzie, były otwarte, zorganizowany wokół okrągłego filara. W tej przestrzeni się spotykaliśmy, i pomimo niemałych odległości, doskonale rozchodził się w niej dźwięk, dlatego wyraźnie słyszałem, jak za moimi plecami zdejmują kurtki i marynarki, i wieszają je na wieszaku. Poczekali jeszcze, aż skręciłem do kuchni, i jedno za drugim ruszyło za moimi plecami do salonu.

Jak na sygnał, każde zajęło swoje miejsce – to samo co zawsze.

Susan siadła na krześle, bokiem do pokoju, Willi rozsiadł się na kanapie, a Robert na boku małej skórzanej dwójki. Nawet kiedy nie był już dzieckiem, zawsze obok niego siadała matka.

Tak samo bezsporny był fotel ojca, w którym on sam nigdy nie siadał.

I to była granica zgody.

W pozostałych sprawach nie. Wysłuchałem trzy kombinacje palonej, neski, mleka i cukrem, a to nijak się miało do oczywistego faktu, że jakąkolwiek kawę dostaną, dziś żadne i tak nie poczuje jej smaku. No.. na pewno nie w tak ciężkim powietrzu.

– Dla mnie brązowy, brazylijski – pauza. – No… cukier.

Przy czym Robert nawet dziś nie potrafił odpuścić.

*

Hałasując miotałem się po kuchni. Dostrzegłem, że Willy skierował się całkowicie w kierunku Susan. To, co do mnie docierało, brzmiało znajomo. Do domu cały czas przychodziła jego poczta. Nazbierały się tego kartony, a niejedna koperta odnalazła się w moich opowiadaniach. Mówił cicho, stałem więc w kuchni przy kolejnej kawie, bo nie chciałem mu przerywać. Robert chyba też ich słuchał, ale patrzył na mnie, na wprost, pomiędzy nimi, przez całą długość salonu. Jego twarz była spokojna, wycofana. W końcu spojrzałem mu w oczy, tak jak tego zapewne chciał. Potrzebował zaproszenia. Wychylił do końca kubek, wstał, i przeszedł przez pokój – wprost do mnie.

Stanął obok mnie i sięgnął po dzbanek.

– Wszystkiego najlepszego Sunny.

Kiwnąłem głową.

Robert wziął do ręki kubek i pociągnął mnie za łokieć do jadalni. Usiadł na swoim miejscu, a ja na miejscu ojca.

– Jak bliźniaczki?

– Są z Meredith w Hull – powiedziałem, by uciąć ten temat. – Dostałem papiery rozwodowe – pauza, – stek bredni – pauza. – Nie byłem na coś takiego przygotowany – dodałem.

– Nikt nie jest. Pamiętasz rozwód matki i ojca?

– Tak.

Pamiętałem wszystko doskonale. I ulgę, że się rozwodzą. Willy był jeszcze mały, miał dziesięć lat, ale z nami ojciec się spotkał, wyłożył co miał do powiedzenia i pokazał pozew. Najgorszy mąż i ojciec świata. Pamiętałem to wszystko. Zamyślony przysłuchiwałem się Robertowi patrząc na ubywającą w kubku kawę.

– Kamieniarz – rzucił przed siebie.

Spojrzałem na niego i chyba się uśmiechnąłem, bo to też zapamiętałem. W pozwie matka nazwała najlepszego angielskiego rzeźbiarza kamieniarzem.

Robert uśmiechnął się, i jakby zgadując moje myśli zapytał:

– A ty kim jesteś?

– Psychopatycznym, bezrobotnym nauczycielem z nieregularnymi dochodami. No i jestem rasistą który ma zły wpływ na dziewczynki.

– Bo to prawda.

Spojrzałem na niego. Jeśli to była zaczepka, to była inna niż zwykle, i na nią nie odpowiedziałem. Nie byłem do końca pewien, czy to tylko ten jego zwyczajny, uprzejmo-arogancki ton, czy z jakiegoś powodu mnie prowokuje.

– Stajesz się taki jak on. Wziąłeś od niego najwięcej.

Zamurowało mnie na chwilę, ale nawet ta chwila nie była wystarczająco długa, bym wydusił z siebie coś sensownego. Zamiast tego podniosłem głos.

– Gówno prawda, był tak zajęty tobą, że mnie w ogóle nie zauważał.

– Nieprawda.

– Co nieprawda?

– Ta twoja gównoprawda. Kiedy sadził twoje drzewo pod swoim oknem, a byłem przy tym, powiedział, że dlatego je tam sadzi, żeby ciebie mieć lepiej na oku, żebyś źle nie skończył. I miał cię na oku. Cały czas.

– Nie!

– No tak! Za to ty wisiałeś cały czas na jej cycku. Mama! Mama!

To był Willy. Po „mama, mama” zachichotał. Nie zauważyłem, że stoi w kuchni, ale Robert z całą pewnością go widział, i mówił też do niego.

– A ta matka wypierdoliła twoje drzewo, żeby nie zabierało jej słońca! – dołożył.

To akurat była prawda.

Po tym jak ojciec odszedł, matka zajęła jego pokój i ostentacyjnie wyrzuciła z niego wszystkie jego graty. Potem przyszła kolej na moje drzewo. Rano jeszcze stało, a po południu jakiś Polak zamiatał resztki igliwia z ulicy i z podjazdu.

– Gdzie Susan? – zapytałem, nie chciałem, by nas słyszała.

– Posłałem ją do Hudleya, po coś do żarcia – powiedział Willy. – A wy podnieście dupy. Trzeba posprzątać.

*

To nieprawda, że byłem jak on. Bardziej ode mnie podobny do niego był Willy. Był jak ojciec – nie czekał nigdy na nic, aż nastąpi, i jeśli pojawiał się impuls, to od razu sprawdzał. Szach – mat. Chyba dlatego zawsze chodził poobijany. Ale chociaż mnie podjęcie decyzji zajmowało wieki, i tak skutek był taki sam…

Zamyślony patrzyłem na resztki drzewa, Willy stał zaraz za mną. Klepnął mnie w prawe ramię i cicho powiedział:

– Co się miało wydarzyć – już się wydarzyło. Posprzątajmy ten bajzel.

Zostawił mnie przy antenie i poszedł na tyły domu.

Po chwili pojawił się za mną Robert.

– Co mam robić? – zapytał.

Zdziwiłem się, zazwyczaj to on mi mówił, co mam robić.

– Trzeba obciąć te gałęzie i przenieść pnie do tyłu. No i trzeba jakoś wydobyć ten korzeń – powiedziałem, jakoś bez przekonania.

Korzenie Williego, wyrwane z jednej strony, sterczały z ziemi jak jakaś smocza paszcza. Robert podszedł do niej, wsadził do paszczy nogę, jakby sprawdzał jej głębokość.

– Musiało naprawdę nieźle wiać, że wyrwało takie drzewo!

Skinąłem głową.

– To w końcu moje drzewo! – to był Willy.

Wracał z łupiarką w jednej i z kluczami w drugiej dłoni.

– Nie znalazłem siekiery! – zwrócił się do mnie, rozkładając ręce.

– Odkopałem to – pokazałem czerwony topór oparty o ścianę.

Willy uśmiechnął się, ale nie do mnie, a do jakiejś myśli.

Odwrócił się do Roberta.

– Weźcie się za gałęzie, a ja rozkręcę antenę. Tak nie może leżeć.

Znów ten uśmiech, którego nie mogłem pojąć, tak jak nie mogłem też pojąć, że tą siekierą nie walnął Roberta.

Kiedy poleciało moje drzewo, przez kilka dni nie mogłem dojść do siebie. Myślałem o różnych metafizycznych sprawach, ale też o zwykłej zdradzie. Ale tu nie było zdrady. Przyszła wichura i zabrała drzewo, i wyglądało na to, że chyba też jakieś zaprzeszłe sprawy.

Ale nie zakładałem, że Williemu było łatwiej, niż mi.

*

Willy zniknął w minor house. Po odejściu ojca dokładaliśmy tam kolejne graty i nie dało się tam mieszkać, ale Willy spędzał tam całe dnie. Kiedy odchodził na tył, patrzyłem za nim i pomyślałem, że Willy długo stamtąd dziś nie wyjdzie.

Susan wyszła zza rogu domu wprost na moje myśli. Zatrzymała się przede mną z papierową torbą z logo „Burger Bar Hudleya”, wypakowaną po brzegi. Odesłać ją do domu, przy tym poświęceniu, byłoby grzechem.

– Przyniosłam to, co lubicie… Chyba.

Nie chciałem jeść jak świnia z torby, w końcu to były moje urodziny, ale braciom było wszystko jedno. Każdy sięgnął po swojego burgera.

Nie zliczę ile razy tak jedliśmy.

Miałem 23 lata, Susan ledwie co siedemnaście. Skończyłem studia, zwolniłem mieszkanie i tamtego dnia, wynajętym busem, przywiozłem cały kram gromadzony w Londynie przez trzy lata. Londyn szkodził mi, i mnie dusił, miałem dość Streatham, więc postanowiłem, że wrócę do Hayfield, a przynajmniej zatrzymam się w domu tak długo, aż wyjaśnią się rozpoczęte i niedokończone sprawy, i będę wiedział, co i jak.

We wjeździe stał samochód matki, więc zaparkowałem przy płocie Wardów. Wyszedłem z auta i idąc w stronę domu spojrzałem w lewo. W ogrodzie, pod starym platanem, z głową na wielkiej poduszce, na starym, pomalowanym na zielono, metalowym łóżku, leżała Susan i czytała jakąś książkę. Soczysta zieleń ogrodu, zielone posłanie i lekko ubrana dziewczyna z ciałem jak milion dolarów i wyrazistą twarzą otoczoną płomieniem włosów. Stanąłem i zagapiłem się na nią, i nie wiem, jak długo bym tak jeszcze stał, gdyby nie ten ostry krzyk matki „Edwardzie?!”

Susan oderwała wtedy głowę od książki i spojrzała w moim kierunku: „Sunny?”

Londyn stał się wtedy całkowicie nieważny, a moje nijakie, klaustrofobiczne życie, nabrało raptem tempa i całe to what if? zaczęło się składać się samo z siebie, jak dobrze zaprojektowane puzzle.

– No no, co tam jeszcze mamy, Susan?

Zajrzał do jej torby.

– Skrzydełka Hudleya?

Susan roześmiała się.

– Oczywiście! I to jest ostatnia rzecz które mnie trzyma w Hayfield.

Znałem to spojrzenie. Kiedy sobie nie radziła, uciekała. Jak wtedy, kiedy osaczona przez moja matkę, zabiła nasze dziecko.

*

Zamieszanie przy rozdzielaniu łupu trwało krótko, a później nastąpił jakiś… spokój. Siedziałem na swoim miejscu, zaraz obok grilla, i tak naprawdę dopiero teraz zacząłem sobie wszystko układać w głowie.

Nienawiść Williego mogła być rzeczywista.

Tak, jak rzeczywiste były rany, które nosiliśmy my wszyscy.

– Zostajesz w domu, no, w kraju, czy wynosisz się do Norwegii na dobre? – zapytała Susan, oddzielając swoimi drobnymi ząbkami kości od mięsa – jak zawsze krzywiąc wargi w charakterystyczny, nie-pod-ra-bial-ny sposób.

Willy spojrzał na nią znad burgera, przełknął to, co miał w ustach i odpowiedział tak:

– Decyzja zapadła. Zeszłego lata kupiłem w Alesund dom z kuźnią. A teraz… no… to był mój ostatni wyjazd na platformę. Basta.

Willy spojrzał na mnie szukając jakiejś reakcji.

Zawsze chciał być kowalem… w tym sensie jego upór się pewnie opłacił, no i to, że miał szczerze dość UK… „No niech go szlag!” – pomyślałem. „Zrobił to!”

Jako jedyny z nas miał kongenialną wyobraźnię przestrzenną. Potrafił odtworzyć z pamięci wszystko. Miałem zresztą zawsze wrażenie, że nawet ojciec nie dawał temu rady. Po rozwodzie rodziców, Willy regularnie jeździł do ojca, do York. Że tam się nie przeniósł na stałe, było dla mnie zagadką. W Yorku trafił do warsztatu Roberta Darby, najlepszego kowala w Yorkshire i przyjaciela ojca. Kiedy Willy wracał do Hayfield, opowiadał nam o tej kuźni jak o jakimś baśniowym świecie, a usta nie zamykały mu się godzinami. Ale pewnego razu, po powrocie stamtąd, a miał już chyba ze trzynaście lat, milczał. Kiedy go przycisnąłem poskarżył mi się, że Darby nie ma już dla niego czasu. A kiedy zapytałem dlaczego, powiedział, że Darby pokazał mu damast wykuty przez jego ośmioletniego syna i zapytał: „A ty? Jakie masz usprawiedliwienie?”

To musiało zaboleć. Tym bardziej, że z nas wszystkich, tylko on jeden brał wszystko dosłownie, i nigdy niczego nie próbował usprawiedliwić.

Taki był Willy. Tak-tak. Willy – moralista. Nie-nie. Kowal. Tak-nie-stuk.

„A niech go… zrobił to w końcu” – przyjemnie się we mnie kotłowało..

A w ogrodzie szczątki drzewa czekały na nasz epicki ruch…

*

Szczerze mówiąc, po rozmowie na tarasie ulżyło mi trochę, bo kiedy kilka godzin wcześniej zobaczyłem tych dwóch za płotem, najpierw zdziwiło mnie, że jeden nich nie jest jeszcze martwy. A to, że później, przy jedzeniu, nikt nie szukał sporu, zakrawało na jakiś pieprzony cud.

Kiedy skończyliśmy jeść, każdy z nas wrócił tam, gdzie zaczął.

Robert wziął się za łupiarkę.

Nie narzekał nawet, że jest zbyt ciężka do tej roboty, i że nie jest dość ostra. Pod jego niezgrabnymi, ale skupionymi uderzeniami gałęzie łatwo odskakiwały od pnia. Susan, już od dawna bez kasku, stała przy nim, z boku i odsuwała uwolnione gałęzie.

Willy wrócił po coś do pracowni ojca, a ja wziąłem się za siekierę – i za kawałki Williego, które wcześniej odciągnąłem pod płot, by zrobić miejsce dla drabiny.

Robert i Susan robili dalej swoje.

– Mignąłeś mi gdzieś we wiadomościach, jakaś nieudana ewakuacja, no wiesz, jak Biden wycofywał wojska z Afganistanu. Ktoś pochylał się nad małym ciałem, jestem pewna, że to byłeś ty.

Zerknąłem w kierunku jej głosu i zobaczyłem, jak Robert się podnosi, jakby sprawdzał, czy go ktoś jeszcze usłyszy. Widział, że jestem blisko, ale niezrażony tym oparł dłonie na stylisku łupiarki, spojrzał na Susan z bliska i powiedział, jakoś tak:

– Było nas troje, chcieliśmy pokazać ten bajzel, afgański personel amerykańskiej bazy, próbujący uciec z wojskiem.

Zwolniłem swoje ruchy, koniecznie chciałem to usłyszeć.

Robert przetarł czoło, jakby był zmęczony.

– Podjechaliśmy blisko, to małe ciało, to była córka jednego z naszych tłumaczy, stratowana na śmierć. Miała sześć lat.

Teraz obrócił się do nas obojga i dodał:

– Zabrzmi to dziwnie, ale pojedyncze śmierci wyglądają bardziej prawdziwie. Setki trupów z samsunga czy ajfona, nie robią już na nikim żadnego wrażenia.

Ale to nie wyjaśniało niczego.

– To po co tam ciągle jeździsz, po co ryzykujesz. Jesteś przecież dokumentalistą, a jakoś nie widziałam twojego filmu z Afganistanu!?

Robert milczał.

– Po co to wszystko? – palnęła w końcu.

Zrobiła to głośniej niż ja się kiedykolwiek odważyłem, Całkowicie tego nieświadoma, wywaliła Robertowi to, czego ja nigdy wcześniej nie miałem odwagi mu powiedzieć, choć chciałem.

Rob uśmiechnął się. Najpierw do niej, zaskoczony, ale ten grymas był jakiś… niepewny. Przeniósł go dalej. Uśmiechał się teraz w ten sposób i do niej, i do mnie, a ten uśmiech trwał i trwał, bo Robert szukał wyjścia, wiedział, że nie może nas zbyć byle czym.

Wyraźnie to widziałem.

– Masz rację – to było do Susan, – tworzenie treści dla mas w czasie wojny to perwersja. Nie pytaj jak wielka – zaczął i zaraz dodał: – Ale z tym koniec. Siedzę na miejscu, w Londynie i montuję newsy – teraz patrzył na mnie. – Tak, oczywiście, też z Ukrainy, teraz z Gazy. Tam się dzieją rzeczy… – zawahał się – te całe media to jest naprawdę ściek.

I tutaj nastąpiło kilkanaście kolejnych, coraz to bardziej wzburzonych, nerwowo wypowiedzianych zdań w tym stylu.

Zdziwiło mnie to.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek usłyszę starszego brata mówiącego takie rzeczy, do tego tak rozpaczliwie bezradnym głosem! Ale to jeszcze nie był koniec, bo jakby wtórując Susan, z boku dołączył głos Williego:

– Dopiero teraz to do ciebie dotarło? No nie wierzę! A stary ciągle cię ostrzegał! A jeśli ja to słyszałem, to słyszałeś też do cholery ty!

Willy wszedł na nasza rozmowę, pełen złości i nie próbował się hamować.

– Te twoje chore ambicje. Więcej, więcej, więcej, wszystkiego więcej, najpiękniejsza kobieta, BBC, domy w Kensington, cały świat objechany, głowy państw, kotyliony, przyjęcia i chuj wie co tam jeszcze. A jak coś nie wychodzi, to winny jest cały świat i wszyscy inni są winni. Ale nie ty! Co znowu zjebałeś?

Ojca nie było. Byłem ja i stałem między nimi zupełnie sam. Czasami mam wrażenie, że od kiedy urodził się Willy, ojciec szkolił mnie do tej roli.

Miałem stać między dwoma światami.

Ale nie wiem, czy przewidział taki poziom pretensji i nienawiści.

Jeśli to w ogóle były one….

*

W dniu, kiedy Willy sprowadził Shimamoto do naszego domu, wszyscy byli czymś bardzo zajęci, tak, że Rob tylko minął się z nią w drzwiach minor house i tego dnia nie zamienił już z nią ani jednego słowa. Był pewnie jak zwykle skupiony tylko na sobie. Czy zrobiła na nim jakieś konkretne wrażenie? Nie wiem.

Wiem za to jakie zrobiła na mnie, i było ono czymś innym, niż można było oczekiwać.

Robert w tamtym czasie stał jeszcze w rozkroku między Londynem, a Peak District. Był najstarszy z nas, i w zasadzie to on był w domu gospodarzem. Matka obsesyjnie zmieniała coś w domu brnąc przy tym od jednej głupiej decyzji do drugiej, w pośpiechu jakimś, jakby chciała się pozbyć śladów ojca. A Rob wpadał do domu rzadko, w krótkich przerwach między wojażami, i o ile kojarzę, przytakiwał tylko temu co ona robiła, i nic go wtedy nie interesowało bardziej, niż jego londyńskie sprawy.

Tamtego dnia było podobnie: niby był z nami, ale biegał, załatwiając coś dla siebie. Dopiero późnym wieczorem, kiedy wszyscy domownicy siedzieli w ogrodzie, a w grillu dogasał żar, dołączył do nas dopiero na stygnącą kolację.

Shimamoto, młoda, śliczna japonka, którą przywiózł ze sobą z Osaki Willy, była w centrum naszej uwagi. Większą część wieczoru przysłuchiwaliśmy się z Meredith, jak matka – z całą tą swoją zawodową wnikliwością – ją przesłuchuje. My byliśmy do tego przyzwyczajeni, i było to w jakiś perwersyjny sposób normalne. Dla matki wszyscy byliśmy zawsze przede wszystkim przypadkami.

A to, w jaki sposób Willy ruszył dziś na Roba, miało na pewno wiele wspólnego z naszymi relacjami, i na pewno – z tamtymi emocjami.

Ale w głosie Roba nie było prawie żadnej emocji.

– Nadal nic nie wiesz i nadal nic nie rozumiesz. Wszystko jest złożone, nic nie jest tak proste, jak w twojej głowie. Albo jesteś aż tak bardzo inny, albo jeszcze zbyt młody, by to pojąć. Ocenisz mnie za dziesięć lat! – Rob nabrał oddechu – a nie, poczekaj! Ty! Za dziesięć lat będziesz miał za sobą tyle kompromisów, że się będziesz bał już cokolwiek powiedzieć! – podkreślił kierując na niego wskazujący palec.

Rob był nadal spokojny.

Jeżeli kiedykolwiek starszy brat mi zaimponował, była to druga taka chwila.

Pierwsza była właśnie w dniu przyjazdu Shimamoto.

Kiedy nocą, gdy kładliśmy się już spać i Willy szedł do siebie, Robert dał krok za nim, wszedł na stopień, szturchnął go w ramię i ostrzegł: „Tak dla własnego bezpieczeństwa: weź krótką linkę i załóż jej na szyję obrożę”.

Willy spojrzał wtedy bezrozumnie na niego, przeniósł wzrok w dół schodów, i w końcu spojrzał też na mnie. Po krótkiej, bezgłośnej chwili odwrócił się, i poszedł – z wyraźnym nierozumieniem i pretensją w oczach – do swojego pokoju, gdzie czekała na niego Shimamoto.

– A ty zrób coś tym, i to szybko, zanim będzie za późno – usłyszałem. – Ona go rozwali! – dodał Robert.

Klepnął mnie w ramię i wrócił do salonu.

Tylko wzruszyłem ramionami.

Pojawienie się Shimamoto było jak grom z jasnego nieba. Jestem przesądny, więc mnie trafiło przede wszystkim to jej imię z powieści. Niebezpieczne i absurdalne. Do tego wszystko w niej wydawało mi się być zbyt dobrze ułożone, wręcz celowo utkane, jakby udając szlachetny materiał. Albo była to jakaś zasłona. Wszystko to było zbyt nierzeczywiste, by mogło być prawdziwe. Nie rozumiałem, jak to mogło umknąć matce.

Na pewno nie spodobała by się ojcu.

To byłaby kolejna z tych rzeczy, o których wiedział i mówił, a którym ja nie dowierzałem.

„Różnica wieku między wami jest zbyt duża” – powiedział mi kiedyś. „Nigdy nie będziecie przyjaciółmi, nigdy nie zostaniecie kolegami. Będziecie jak obcy sobie mężczyźni, walczący o swoje i będziecie we wszystkim konkurować. Ale żaden z was niczego nie osiągnie i niczego w życiu nie ugra, bo przy wszystkich różnicach, jesteście tacy sami, i przetrwać możecie tylko trzymając się razem”.

Miałem wtedy trzynaście lat i wrażenie, że jeszcze nie słyszałem z jego ust większej bzdury. Ale jego słowa szybko dogoniła rzeczywistość i dziś brzmiały one inaczej.

Stałem między nimi i patrzyłem na braci.

Choć spodziewałem się, że to się odbędzie w inny sposób, nie było wyrzutów, krzyków, emocji, przebaczeń i łez. Trzech dorosłych, nieudolnych mężczyzn, szukało rozpaczliwie sposobu, aby skończyć rzeź, którą nie oni zaczęli.

*

Robert nie rzucił się na Williego. Ale też dalej nie próbował niczego tłumaczyć. Skończył mówić, tak jak skończył swoją część roboty, więc mógł ominąć Williego i pójść tam, dokąd tylko zechce.

I dokładnie tak zrobił.

Zatrzymał się dopiero przy drzwiach do pracowni ojca.

Kiedy się odwrócił w kierunku domu, stałem przed nim.

– Willy ma rację. Zjebałem. Shimamoto jest w zakładzie.

Nie pamiętam teraz, czy w ogóle go w tamtej chwili zrozumiałem.

– Jest w low-secu – powiedział inaczej – w Maidstone, z alkoholikami i narkomanami.

Nie pamiętam już jak pobiegły moje myśli.

Shimamoto jednak była jak z tamtej powieści – to wiedziałem, tak jak wiedziałem, że to człowiek robi zawsze sobie sam. Wiedziałem też, że była ona w jakiś sposób nieszczęśliwa i że chodziła po jakichś terapiach od kilku już lat. Akurat to słyszałem od matki. Ale psychiatryk?

– Co się stało? Zamknąłeś ją tam?

Spojrzał nie rozumiejąc, a to nie-rozumienie mnie uspokoiło.

Nie on ją zamknął.

– Próbowała się zabić.

Cisza.

– Presja, nie zniosła presji – powiedział po chwili, przed siebie, machając ręką, jakby odganiał natarczywe owady, – przeczytaj! – dodał.

Podał mi ajfona.

Spojrzałem na ekran i w pierwszej chwili nie mogłem się połapać, co mi podsunął pod nos, ale w końcu dotarło do mnie, że pokazuje mi sekwencję sms-ów.

Były od Shimamoto.

Przeczytałem to, co było chyba ostatnim z nich.

„Ty nie jesteś wielki, ty jesteś napęczniały, twoje ego, ten twój świat, to gówno – nie świat, spójrz na to gówno, które przywozisz ze sobą, na to gówno w którym ja zostaję, kiedy ty znów wyjeżdżasz na tydzień, na miesiąc, zostawiając mnie ze sprawami, o których nie mam pojęcia!.

Milczałem i wiedziałem.

Milczałem i rozumiałem Shimamoto.

Nasza matka była psychologiem, więc wiedzę o tej talmudycznej hochsztaplerce mieliśmy z pierwszej ręki. Czegokolwiek dotyczyły jej słowa, zawsze brzmiały jak porady rabina.

Niczego nie wyjaśniały, niczego nie leczyły.

Za to słowa Shimamoto wyjaśniały wszystko.

Oddałem mu ajfona.

– Robert, po co psychiatra? W tym nie ma żadnej fizycznej dysfunkcji!

To na pewno wiedziałem. Ale on…?

– Noooo….. Wiem.

– Więc dlaczego pozwoliłeś ją tam zamknąć?

Jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić, że nie było w tym jego udziału.

Robert spróbował siebie wytłumaczyć tak:

– A co, jeśli ona wierzy w te bzdury? To jest już przecież jak religia państwowa, jak rozgrzeszenie u katolików. Jesteś świrem – zostajesz zwolniony z odpowiedzialności. Może ona tego właśnie potrzebuje?

„Też bym tak chciał” – pomyślałem, ale najzwyczajniej w świecie powstydziłem się tej myśli.

– Sama się tam zamknęła – Robert przeciął moje wątpliwości.

– Na jak długo? – zapytałem, jakby to było najważniejsze, całkowicie zrezygnowany.

– Póki co na dwanaście tygodni.

*

Miłość to tylko chwilowy i nieokreślony stan niepoczytalności, który na szczęście mija. Czytałem trochę japońskiej literatury i zawsze miałem wrażenie, że kto jak kto, ale właśnie Japończycy wiedzą o tym doskonale. Czy miało to jakiś związek z Shimamoto? Tego nie wiedziałem.

Wiedziałem za to, że Shimamoto nie chodziło o miłość.

Zostawiłem Roberta przy drzwiach pracowni. Zdążył jeszcze powiedzieć, że Tim i Hikaru zostali pod opieką niani, więc musiał wrócić jeszcze dziś do Londynu, zająć się nimi.

To im obiecał.

I tak się przede mną usprawiedliwił.

Kiedy odchodziłem, chwycił mnie za ramię.

– Ale z resztą, no wiesz, z tym, co powiedział, to Willy nie miał racji.

Cisza.

– Owszem, chodziło mi o pieniądze. Fakt. Ojciec ich nigdy nie miał, więc wydawało mi się, że ja muszę je mieć. Ale cała reszta… te rzeczy same się doklejają, i to nie jest tak, że nie da się bez nich żyć..

Stał przede mną, jak chyba nigdy dotąd.

Ani wyższy, ani niższy. Po prostu mój brat.

I nie miałem mu w tej sprawie nic do powiedzenia. Fałszywy banał, że choć nie mam pieniędzy, to jednak potrafię żyć, sobie podarowałem. Miałem nieopłacone raty zachowku za dom i wisiałem braciom kasę.

Ale przy wszystkich chęciach, nie rozumiałem nadal tej całej logiki posiadania. Zacząłem nawet coś na ten temat mówić, ale Robert spojrzał na mnie, jakby nie rozumiejąc.

Więc nie chodziło mu o kasę.

– Już dawno temu powinienem był coś zmienić – powiedział.

Nie zaprzeczyłem, nie potwierdziłem, nie kiwnąłem głową. Rozmowa stawała się dziwna, a ja biernie czekałem na ciąg dalszy. Choć ostatnio dosłownie wszystko było ostatecznie bardzo ważne. Nie wiedziałem, czy ważne jest to.

– Wróciłem do fotografii, Sunny.

Nadal nie rozumiałem.

– Koniec z operatorką. Koniec z wojną. Koniec z polityką. Koniec z wyjazdami.

„Akurat!” – pomyślałem.

– Jeśli naprawdę chcesz wracać do Londynu, nie uciekaj jak szczur, tylko pożegnaj się porządnie z Willym i z Susan – powiedziałem, odwracając się w stronę domu.

Nie podjąłem rozmowy.

I nie byłem dla niego ani trochę wyrozumiały.

*

Pod naszą nieobecność Willy pomógł Susan posprzątać wszystkie mniejsze gałęzie, a pocięte kawałki świerka ułożył w mały stos. Tylko jama po korzeniach psuła ten porządek. Wyglądała jak krwawa bolesna rana, na którą dopiero trzeba będzie znaleźć sposób.

– Zasypać? – zapytał Willy.

– Nie, chyba nie – zawahałem się, – myślę, że posadzę coś nowego.

– Może tak wspólnie coś posadzimy? Może coś większego? – to był Rob.

– Oh, spierdalaj – powiedział mu Willy. – Jeszcze ekspiacji nam tutaj brakowało.

Stanąłem między nimi. Lewo. Prawo.

– Może dąb? – zaproponowałem.

Szukałem szansy.

– Ward nam tego nie puści – pokręcił głową Robert.

Susan, która przypatrywała się nam cały czas i przysłuchiwała, podeszła bliżej i stanęła obok Roberta. Chwyciła go pod ramie i stwierdziła:

– Wardowie nie mają nic przeciwko temu.

– Gdzie dostaniecie dzisiaj dąb? – Willy rzucił przed siebie.

Willy był nadal niezainteresowany, ale my we troje spojrzeliśmy po sobie.

– A gdzie będziesz za tydzień? – zapytał go Robert.

– Jak najdalej od ciebie. Poza tym – dodał – drzew nie sadzi się latem, a późną jesienią!

– Dęby można sadzić od wiosny do jesieni. Więc jak? – spojrzałem najpierw na Roberta, później na Williego i zatrzymałem na nim wzrok. – Więc jak? – powtórzyłem pytanie.

– No… nie wiem.

– Za tydzień – powiedział Robert i wyciągnął dłoń w kierunku Williego.

– Za tydzień – powtórzyłem.

Teraz wszyscy patrzyliśmy na Williego.

Ale Willy obrócił się do nas plecami, jakby w szczątkach anteny szukał czegoś nieznanego.

*

Robert nie musiał się wielce żegnać, więc powiedział po prostu, że dzieciaki zostawił z nianią, i poszedł, nie dotykając nikogo. Kiedy jego Defender zawrócił i zniknął za rogiem pierwszej przecznicy, poczułem ulgę.

Oderwani od roboty staliśmy na środku trawnika i miałem wrażenie, że wszyscy potrzebowali odmiany od tego napięcia.

– Zrobię jakąś kawę! – powiedziałem, tak po prostu, nie pytając nikogo o zdanie.

„Te kawy mnie zabiją” – pomyślałem. Odwróciłem się i poszedłem do kuchni.

Nastawiłem filtr i espresso, i stanąłem w wyjściu na taras.

Susan i Willy siedzieli w krzesłach ogrodowych. William rozparty wygodnie, a Susan, jakby się miała za chwilę zerwać.

Czy pomyślałem jak jej tutaj dzisiaj jest? Pomyślałem. Pomyślałem tysiące rzeczy w związku z nią. Ale Willy miał rację, to nie była pora ani czas na ekspiację.

Chyba, że się już dokonała.

O tym też myślałem, stojąc w drzwiach jadalni, patrząc na brata i na Susan.

Całe napięcie zniknęło. Patrząc na nich i przysłuchując się bez rozumienia ich rozmowie, miałem wrażenie, że to właśnie dokładnie tak miało być.

Po kilku minutach kawa była gotowa.

Najpierw przyniosłem Susan espresso, a zaraz po tym dzbanek, który postawiłem między Willym i sobą.

Napełniłem kubki.

– Naprawdę tego nie ukartowaliście?

– Skąd! – obruszył się Willy. – Zadzwoniłem do niego, bo tylko jego numer znam na pamięć. I tylko dlatego, że chciałem zadzwonić do ciebie. Odebrał od razu, Chyba trochę się zdziwił, bo na pewno brzmiał, jakby był zdenerwowany. Opowiedział, co się stało z Willym, a ja zapytałem, czy jedzie do ciebie, na co on – bez zawahania – że taki ma plan. Czy to była prawda? – nie wiem, pewnie skłamał, wiem tylko, że rozmawiał ze mną tak, jak by mnie właśnie chwycił za koszulę i nie chciał puścić. Zgarnął mnie ze Stansted i przyjechaliśmy do Hayfield.

– Rozmówiliście się po drodze?

– A skąd – zaprzeczył znowu, – pierdolił cały czas o cenach nieruchomości no i o tym, że dobudowuje piętro na Holland Road. Jakby te 50 tysięcy za metr kwadratowy w Kensington było najważniejszą rzeczą w jego życiu. Wkurzyłem się i zapytałem, czy chce mi zlecić przebudowę. No wiesz, żeby się zamknął. Zrozumiał. Nie popatrzył na mnie jak na idiotę, tylko się zmieszał i zamknął. Tak milczeliśmy aż pod bramę – pokazał za płot. – To nie było ukartowane.

Kiwnąłem głową.

Może ta burza była po to, byśmy się wreszcie spotkali.

I wtedy przyszedł impuls.

Opowiedziałem, co usłyszałem od Roberta zanim wyjechał. O Shimamoto, o pieniądzach, i o tym, że nie chciałbym być teraz w jego skórze. Susan siedziała – całkiem mała – w swoim fotelu, a Willy – w miarę jak opowiadałem – nerwowo pochrząkiwał i mruczał.

Kiedy doszedłem do ojca i do pieniędzy, nie wytrzymał.

– Gada bzdury. Niczego nam nie brakowało. A kiedy stary kupił mu porządny aparat, żeby na poważnie zajął się fotografią, nie musiał nikogo ograbić. Ten Canon musiał wtedy kosztować z tysiąc funtów! Nie było mu ich na niego żal, choć ćpał na potęgę. Bzdury. Kompletne bzdury. Jakbym słyszał matkę!

O tak. Ten aparat to była rakieta kosmiczna. Miałem jedenaście lat i niewiele wiedziałem o fotografii, ale taką rakietę chciałem mieć i tej rakiety Robertowi zazdrościłem.

Patrząc na Williego pomyślałem przez chwilę o czymś innym.

O tym, że chyba nadal obaj nadal mu wszystkiego zazdrościliśmy.

– Pewnie go zaraz sprzedał, albo wymienił na dragi – powiedziałem jak nie ja, bardzo złośliwie.

– Nie, nie – zaprzeczył szybko Willy, – widziałem go u niego w samochodzie.

– Pewnie odkupił taki sam – ciągnąłem w tej samej tonacji, zaskoczony tym, że Willy broni Roba.

– No mówię ci, że nie. Pasek jest na pewno ten sam.

Pasek był parciano-skórzany i pamiętał czasy wojny.

Na tym pasku każdy z nas narysował kiedyś swoje inicjały.

– Mówił, że dostał propozycję pracy dla LIFE – Willy dodał, jakby bez związku.

Ale ja widziałem związek.

– Więc jednak rozmawialiście po drodze!

– Właściwie nie. Kiedy wychodziłem z kibla na stacji benzynowej zrobił mi zdjęcie. O tym rozmawialiśmy.

„LIFE – pomyślałem – nie cofniesz czasu”.

– LIFE – powiedziałem przed siebie, – wnioskując z tego, kto się za niego zabiera, jest to strata czasu.

Na twarzy Williego pojawił się grymas, który – ku mojemu zdziwieniu – wyraźnie mówił, że jest innego zdania.

– Dlaczego strata czasu? Może Robert to będzie taki… Sean O’Connel? – padło z boku.

Spojrzeliśmy z Willym po sobie. Susan, o której obaj zapomnieliśmy, była cały czas z nami i ujawniło się to w druzgoczący dla nas sposób. „Jaki Sean O’Connel?” – pomyślałem.

Mógłbym pójść o zakład, że obaj pomyśleliśmy tak samo.

Natomiast na twarzy Susan pojawił się uśmiech tryumfu.

– No… Sean O’Connel z „Sekretnego życia Waltera Mitty”!

U mnie zadźwięczało, ale twarz Williego była doskonale bezmyślna.

– No, z tego filmu z Benem Stillerem i Seanem Pennem, który grał fotografa LIFE!

Teraz pamiętałem.

Willy nie.

Susan szybko opisała postaci i opowiedziała plot.

– Jaki z niego Sean O’Connor. World Press Photo strzelił tylko dlatego, że był wystarczająco blisko – znów lekceważąco stwierdził Willy.

Byłem zły na Roberta, byłem na niego wściekły i rozerwałbym go na części, za ojca, za siebie, za Williego i za Shimamoto, ale w tej sprawie nie potrafiłem stanąć tam gdzie Willy. Fakt, że Robert był blisko… też zawsze starałem się być blisko… o to chyba w tym wszystkim chodzi… żeby być blisko. Przy rzeczach, które są dla innych nie do wyobrażenia.

*

Siedzielibyśmy pewnie tak do rana, ale Willy się w końcu podniósł, żeby do końca rozebrać wspornik anteny. Poszedłem za nim. Susan zostawiliśmy na tarasie, żeby posprzątała, a ja zabrałem się za pozostałości Williego.

Zbliżał się wieczór, i chciałem ostatecznie zamknąć sprawę drzewa.

– Na lotnisku kupiłem twoją książkę – usłyszałem.

Willy obracał kluczem śrubę nie podnosząc głowy.

Popatrzyłem na jego skupioną, kolorową sylwetkę odbijającą się na tle fasady domu i przeniosłem wzrok – trochę niepewnie – na Susan przechodzącą z naczyniami między kuchnią i tarasem.

Raczej nie mogła nas usłyszeć.

– Nie wiedziałem, że jesteś sławny. Najlepszy debiut roku i trzeci na liście bestselerów? No no…

Miałem za sobą wiele takich rozmów. Ale na konfrontację z bratem nie byłem przygotowany.

– Teraz to już tylko musisz ją przeczytać! – powiedziałem kanciasto, trochę zmieszany.

Nie pamiętałem, żeby Willy czytał jakąkolwiek literaturę.

– No co ty, już czytałem, jak czekałem na gnoja – podniósł głowę. – Najbardziej podobała mi się historia o umierającej planecie.

Uśmiechnąłem się.

– O Meridianie!

– Tak, chyba tak – zawahał się, ale to nie było dla niego ważne. – Ładnie sportretowałeś przywódcę roboli, no i to jego przypadkowe imię – William. No no… – ironizował. – Szkoda tylko że przywódca tych drugich nie ma nic z Roberta… – pierwszy raz dzisiaj użył jego imienia.

A może nie było żadnego eskapizmu i żadnego klucza…?

Ale był.

Sam pomysł na opowiadanie był prosty, planeta skazana na zagładę i plan ucieczki na inną. Mieszkańców – w skomplikowanej procedurze – podzielono do ewakuacji na trzy grupy. W pierwszej znaleźli się najlepsi i najbystrzejsi, którzy wymyślili plan ewakuacji, w drugiej są władze, urzędnicy, bankierzy i wszelkiej maści profesorowie, nauczyciele i zarządcy, jednym słowem – elity. No i w trzeciej – technicy i robole, którzy budują flotę statków kosmicznych. Ci pierwsi przekonują tych drugich, że jeśli idzie o zaludnienie nowego świata, oni są najlepszym wyborem i powinni polecieć pierwsi. Prosta historia. Z tym, że zawierała prawdziwą trudność: stopniowanie wątpliwości, czy statki z pierwszymi i trzecimi tak naprawdę zamierzają podążać za nimi…

– Od razu zorientowałem się, że ta planeta nigdy nie była w niebezpieczeństwie – prawie tryumfalnie stwierdził Willy.

Nie uwierzyłem Williemu.

– Jeśli tak, to opowiadanie jest źle napisane – powiedziałem kategorycznie.

Ale przemknęło mi też przez głowę, że być może Willy nie zmyśla, że może naprawdę mnie zna i wie, że niczego nie pragnę bardziej niż tego, żeby ci drudzy odeszli.

– Pieprzysz. Jest świetnie napisane. Nic dziwnego, że jest na liście.

Doczekałem się komplementu.

Willy przyzwyczaił mnie do tego, że mało mówił, a jeśli już coś powiedział, pamiętałem przez lata.

*

Antena i wspornik leżały pod ścianą rozebrane na najdrobniejsze elementy, Willy, zadowolony z siebie wyniósł na trzy razy wszystko pod dach minor house. Pień Williego i grube gałęzie wylądowały w drewutni.

Znów mocniej zawiało i zanosiło się na deszcz.

Rozmawiając pałętaliśmy się po ogrodzie zbierając śmieci, jakie w nocy przyniósł wiatr. Usłyszeliśmy głos Susan wołający nas do domu. W czasie, kiedy kończyliśmy sprzątać, ona przygotowała kolację.

Kiedy wchodziliśmy w drzwi, Willy wyszeptał mi do ucha: „Nie waż się wypuścić jej z domu”.

Łatwo mu było powiedzieć.

Wystarczająco trudnym było mieszkać obok niej.

Kiedy usunęła ciąże, byliśmy oboje zbyt mocno zranieni, by się na siebie otworzyć. Puzzle rozpadły się, a po kilku miesiącach każde z nas poszło w swoją stronę. Ale cały czas wyglądałem za nią. Nawet wtedy, kiedy rodziły się bliźniaczki. Ale przemknęła mi na ulicy tylko raz, i wszystko wydawało się być już raz na zawsze zapomniane.

I było zapomniane – i wyparte – aż do dzisiaj.

– Myślałam, że jesteście bardziej głodni – powiedziała Susan przyglądając się, jak w milczeniu wybieramy kawałki sera i szynki z deski przegryzając je oliwkami i pomidorami.

Byliśmy. Każdy z nas czegoś innego.

– Wiesz, też przeczytałam twoją książkę – powiedziała. – Piękna! – dodała od razu.

„A więc kolejna konfrontacja” – przemknęło mi przez myśl.

– Powiedz Sunny, dlaczego nie ma w niej nic o kobietach? – odezwała się po chwili, bardzo nieśmiało.

„Nieprawda – pomyślałem – kobiet akurat tam nie brakuje”. A że to nie było o kobietach? „Dlaczego niby wszystko ma się kręcić wokół nich?”

– Bo to książka dla mężczyzn – wypaliłem. – Poza tym piszę tylko o tym, na czym się znam.

Susan roześmiała się głośno.

– Naprawdę?

Willy zwietrzył okazję.

– Czyli co, sami mężczyźni i tylko mężczyźni załatwiają międzygalaktyczne sprawy?

– Daj spokój, Willy. No niby kto? Kobiety? Przecież to zawsze się kończy tak samo: komunikatami, których żaden mężczyzna nie potrafi odczytać.

Uśmiechałem się złośliwie i patrzyłem raz na jedno, raz na drugie.

Zwróciłem się wprost do Williego:

– No, weź chociażby Theresę May, i jej komunikację strategiczną ze światem za pośrednictwem butów – zażartowałem.

Rozbawiłem tym Williego, ale Susan – jakby mniej.

Wiele czasu i krwi kosztowało mnie dojście do tego, że ludzie związkach są całkowicie niezdolni do zrozumienia, o co temu drugiemu tak naprawdę chodzi. A nawet jeśli jakimś cudem zrozumieją, to nie zaakceptują tego, czego druga strona oczekuje.

I o tym miałem pisać?

– No nie powiesz mi, że nie potrafiłeś się ze mną dogadać – zwróciła się do mnie nadal niezadowolona Susan.

Niby była pojednawcza, ale też trochę zaczepna, jakby chciała określić stronę w tym nieistniejącym sporze.

– No pewnie, że potrafię – odważnie spojrzałem jej w oczy, – teraz to już z każdą kobietą potrafię, ale tylko dlatego, że wiem, że nawet nawet jeśli rozumiem co ona mówi, to z całą pewnością nie wiem, czego ona chce.

Susan była już na najlepszej drodze, by się obrazić.

– A może to my nie wiemy, jak z kobietami rozmawiać?

Willy – zupełnie niepotrzebnie – próbował ratować sytuację, do tego robił to tak nieudolnie, że mu się ode mnie dostało.

– Ty na pewno nie wiesz – postanowiłem być okrutny. – Ty cały czas oczekujesz, że będziesz kochany za to, jaki jesteś. A żadna kobieta nie pokocha cię za to, jaki jesteś, tylko za to jak wielki przyniesiesz łup.

Jeszcze mówiliśmy cicho, ale w powietrzu wisiała awantura.

Byłem nawet na nią przygotowany.

– Ja ciebie kochałam za to, jaki jesteś – powiedziała patrząc mi w oczy, – więc chyba twoja teoria się właśnie posypała.

Willy kiwnął głową, zadowolony za siebie – i za nią, i wydął śmiesznie usta.

Co miałem na to powiedzieć?

Kobiety są istotne tak długo, jak długo w grze są emocje. Kiedy pożądanie się wypali, mężczyzna pozostaje sam.

Pomyślałem o Shimamoto.

Pomyślałem o Marukami. Od czasu, kiedy Shimamoto pojawiła się w naszym domu, przestałem go czytać, aż do chwili, kiedy wpadł mi do ręki jego zbiór opowiadań o mężczyznach bez kobiet, gdzie roi się od bab. Czy ja chciałem tak pisać? Nie chciałem. Nie potrzebowałem tych pretensji, tych emocji. Pisanie jest sprawą męską i powinno dotyczyć męskich spraw. Ale milczałem również dlatego, że doskonale rozumiałem, iż akurat Susan była zawsze poza słowami, a jej obecność – czy w kasku, czy bez – całkowicie to potwierdzała.

*

Kolacje kończyliśmy żartując i dogryzając sobie wzajemnie. Nie za mocno, trochę tak, jak przemytnicy – na pograniczu tego, co możemy sobie powiedzieć i nie zabić. Willy nieporadnie kierował rozmowę na sprawy, na której roztrząsanie nie miałem najmniejszej ochoty, bo to, co się kiedyś wydarzyło, wystarczająco już było ostygło.

Zauważył w końcu moją obojętność, poddał się, wstał od stołu i wymruczał pod nosem, że idzie do minor house, rozejrzeć się w tamtym bałaganie.

Minor house był to pomysł ojca.

„Jeśli któremuś z was podwinie się noga – mówił – zawsze będzie mógł w służbówce wylizać rany”.

Chyba jednak nie przewidywał wtedy, że będzie pierwszy.

Tak jak nie przewidział, że po jego odejściu jako drugi zaszyje się tam Willy.

– Znajdzie się dla mnie jakaś puszka piwa? – zapytał Willy odnosząc swój talerz i sztućce do kuchni.

– Znajdzie się. Powinno być gdzieś na dole, w lodówce – odpowiedziałem.

Willy zniknął za srebrnymi drzwiami.

Kiedy w końcu odszukał piwo, wychylił się spoza nich i pomachał puszką w naszą stronę, ale Susan – podobnie jak ja – pokiwała przecząco głową.

*

Susan wstała od stołu zaraz po tym, jak Willy zniknął w ogrodzie. Zebrała resztę brudnych naczyń i zaniosła je do kuchni. W pierwszym odruchu chciałem jej przeszkodzić, ale machnąłem na to ręką. Już tutaj była i nie mogłem nic na to poradzić.

Wstałem dopiero po to, żeby przygotować kolejną kawę.

– Tęsknisz za nią?

Na szczęście to pytanie przyszło zza moich pleców. Miałem czas, by włączyć kawiarkę i zastanowić się, co jej właściwie odpowiem.

– Nie – zadecydowałem. – Bardziej za nią tęskniłem, kiedy ze mną była, ale teraz już nie.

Odwracając się do Susan uśmiechnąłem się, ale tylko do siebie, i dodałem:

– Nie było już ani co wziąć, ani co dać.

– Dać? – zapytała.

– Słyszałaś, co powiedziałem Williemu: kobieta nie kocha za to, jaki mężczyzna jest, a za to, co może jej dać. A Meredith? Pewnie potrzebowała czegoś innego.

Uważałem to za pewnik, i nie miałem zamiaru tego dyskutować.

– Ale ja cię naprawdę kochałam za to jaki byłeś! – powtórzyła się. – I ty cały czas jesteś taki sam! – pokręciła przy tym głową i wzburzyła falę rudych włosów. – Mam tylko nadzieję, że sukces nie przewróci ci w głowie! – dodała.

Miałem szczerze mówiąc w dupie taki sukces.

Jeśli miało to być zadośćuczynienie za te wszystkie what if, za ciągłe zmaganie się z myślą, czy moje wybory są właściwe, za lata szarpania się z rzeczywistością i z rojeniami, to nagroda była zdecydowanie zbyt mała.

– Tęsknie tylko za bliźniaczkami – dodałem, chyba niepotrzebnie, bo to była nieprawda.

Znacznie bardziej tęskniłem za ojcem.

Umówiłem się z nim w piątek, że w niedzielę przyjadę, by wymienić w jego aucie lusterko, które rozbił wjeżdżając do garażu. To był bardzo dobry pretekst. Był już słaby, ale za nic nie chciał się do tego przyznać.

Nie pojechałem samochodem.

Meredith z dziewczynkami zawiozła mnie na dworzec w Manchester, gdzie o 11:00 wsiadłem w Transpennie Express.

Nie minęło dwadzieścia minut, kiedy zadzwoniła do mnie Debby, że ojciec przed chwilą zmarł na jej rękach. Siedzieli przy śniadaniu, i między jednym żartem a drugim po prostu umarł.

– Ale będziesz je przecież widywał! – głos Susan był jak z innej planety.

Miała rację. Ta strata nie była nieodwracalna.

*

Willy wszedł do domu z wyciągniętymi przed siebie rękoma. Były brudne po łokcie.

– Mogę się tutaj umyć? – zapytał, zanurzony pod kranem w kuchennym zlewie.

Kiwnąłem głową, choć moje zdanie było zbyteczne.

Zastanawiałem się nad słowami Susan i nad tym, czy naprawdę takie rzeczy są odwracalne. Kobiety przy rozstaniach robią z dzieci zakładników. Skutecznie. Tak było z Willym, tak jest teraz z bliźniaczkami, tak też pewnie będzie z dziećmi Roberta.

Susan podeszła do mnie. Zgarnąłem ją do salonu i usiedliśmy na sofie. Włączyłem newsy.

Na wszystkich kanałach burze nad Peak District. Przyglądaliśmy się tej apokalipsie, jakby była czymś zupełnie obcym, a Susan ironicznie komentowała bzdury padające z ekranu. Gadała tak długo, aż zabrakło kanałów, i aż jej się skończyły pomysły.

Przełączyłem na jakieś docu, tak, żeby coś brzęczało w tle.

Willy wszedł do salonu. Siadł w rozkroku w fotelu ojca trzymając w prawej ręce puszkę ze świeżym Heinekenem.

– To wszystko jest jednak pojebane – odezwał się przed siebie.

Spojrzeliśmy z Susan po sobie.

– Powinienem obić mu tę mordę, tyle lat na to czekałem, ale jak mam to zrobić, kiedy widzę, że ostatecznie to on mnie ocalił.

Cisza.

– Zostanę kilka dni, jeśli pozwolisz – zakomunikował raczej, niż zapytał.

Wykonałem jakiś nieokreślony ruch ręką.

– Jesteś w końcu u siebie – powiedziałem.

Willy uśmiechnął się.

– Wiem, że byłem niechcianym dzieckiem. I czasami myślę, że inaczej niż ojciec, inaczej niż wy – nie przyszedłem na świat po to, by cokolwiek zmieniać, a tylko po to, by było widać różnicę.

Nie od razu zrozumiałem, co powiedział.

Willy podniósł się powoli z fotela kręcąc w obie strony głową i wyszedł salonu nie mówiąc już nic więcej. Wsłuchiwaliśmy się w człapanie jego stóp na schodach, aż nie zniknął w swoim pokoju.

Spojrzałem na Susan porozumiewawczo.

Była lekko uśmiechnięta w kącikach ust.

– Oto cały Willy – podsumowałem.

Susan nic na to nie powiedziała.

Podwinęła kolana i przechyliła się w moją stronę. Nie patrząc mi w oczy, oparła swą rudą głowę na moim ramieniu. Nic nie musiałem jej wyjaśniać, niczego nie musiałem tłumaczyć, ale szczerze mówiąc, nie to mnie ucieszyło, a myśl, że Willy w końcu staremu wybaczył.