Aira


Ucieszyło mnie bardzo Twoje zaproszenie. O wiele bardziej niż te wcześniejsze, przesyłane przez przygodnych ludzi, wpadających przez kilka ostatnich lat do mnie, jako urojeni posłańcy dobrych wieści. Wiedziałeś dobrze, że nie odmówię im gościny, i musiałeś też wiedzieć, że zostaną u mnie przez jakiś czas, i nie będę mógł pracować.

Zawsze zastanawiał mnie ich dobór.

Tak jak ich widziałem, byli to rozbitkowie i jakieś wyrzutki, niektórzy zbyt podobni do mnie, ale w sumie od siebie bardzo różni. Jakbyś mnie testował. Jakbyś badał mój nastrój i organizował mi czas.

To się zmieniło po Wende. Byli lepiej ubrani, i to się rzucało w oczy. Raz był to jakiś dziennikarz z wyborczej, w drodze na praktykę w Monachium, innym razem studentka politologii, jadąca na praktykę u posła z CDU. Ale z nimi nie dało się już zaprzyjaźnić. Znikali w czeluści, a ja byłem wściekły, że będąc u siebie sankcjonuję twoją władzę, a moją chatę zamieniam w jakiś nieistniejący salon.

Tak więc dobrze, że tym razem postanowiłeś napisać. I w końcu napisałeś. Byłem tym prawie wzruszony, kiedy czytałem twój list, nierzeczywistą przesyłkę z przeszłości, niemożliwą prawie, jakbyśmy nigdy nie weszli w wiek internetu.

Kończyłem właśnie portret Airi i mogłem sobie pozwolić na krótki urlop, tym bardziej że jechałem do ciebie, stary draniu. Byłem zdecydowany porzucić wszelkie animozje, a pewnie podświadomie liczyłem na to, że wydarzy się coś co mnie wzbogaci. Ostatnie dwa lata były płaskie i wyeksploatowały mnie tak bardzo, że zacząłem już wątpić czy kiedykolwiek wrócę do sił, jak w czasie studiów, kiedy potrafiliśmy całymi tygodniami nie wychodzić z pracowni, kiedy jak kat stałeś nade mną bym nie pił i kończył następną genialną pracę. A pilnowałeś mnie tak, jakby to była twoja życiowa inwestycja, co było i tak niepotrzebne, bo wychodziłeś wtedy zawsze i tak na swoje. Pracę kończyłem i mogliśmy wreszcie (przede wszystkim ja) znów pić całymi dniami, by zrzucić z siebie to komunistyczne ścierwo (ale też smród terpentyny) i wreszcie ciebie mogłem z siebie zmyć, cholerna zarazo.

Ale tutaj była Aira.

Używała mniej mądrych słów a i tak osiągała to samo co ty. Świadomie czy nie, umacniała mnie w moim pojęciu świata. Tak więc ucieszyło mnie bardzo twoje zaproszenie i jeszcze bardziej fakt, że mogłem pojechać do ciebie tak jak chciałem, po prostu pojechać samochodem (po raz pierwszy nie wyznaczyłeś trasy, miejsc i ludzi których miałem spotkać). Nie musiałem wsiadać do pociągów, zmieniać ich na dworcach, nie musiałem czekać, aż odbierzesz mnie na jakiejś stacji gdzieś w Polsce.

To było zresztą aż nadto absurdalne. I ponad miarę uciążliwe. Jak te klejące się od brudu dłonie. Tak więc pojechać bez narzuconego rytmu przesiadek na nieznanych nikomu dworcach, po prostu jechać do ciebie, oglądać okolicę, zatrzymać samochód kiedy mi przyjdzie na to ochota i przechadzać się po miejscach których nie obejrzałem wcześniej, uwiązany przez twoje pomysły – i pragnienie, by podróż zakończyła się jak najszybciej. I na moich warunkach.

Kiedy dzwoniłeś, było to kilka dni po tym jak już otrzymałem twój list, wpadłem w panikę. Ten telefon był niespodziewany. I co dziwne, błagalny prawie. Miałem zostawić wszystko, by jak najszybciej przyjechać do ciebie. Bałem się, że znów zaczniesz obmyślać jakąś nieprawdopodobna marszrutę, która mieściłaby się w naszej starej grze, która – nie daj Bóg! – wydała by mnie masowej komunikacji, na to ocieranie się o wiele ciał, na wysłuchiwanie głosów z bagna, z którego tak dawno temu postanowiliśmy uciec.

Dlatego tym razem postanowiłem cię ubiec, ale nie przewidziałem tego, że to się okaże niepotrzebne. W twoim głosie była prośba o jak najszybszy przyjazd i cały naskórek okazał się być bez znaczenia. Mogłem po prostu wsiąść do samochodu i wyjechać wcześnie rano, by jak najszybciej pokonać te 860 kilometrów, bo niepotrzebnie zadzwoniłeś, niepotrzebny był mój strach.

Aira oczywiście zrobiła mi awanturę. Nie rozumiała tych naszych zachowań, tłumaczyła je sobie jakimś polskim szaleństwem. Myślę, że poniekąd miała rację. Pewnie miała w pamięci nasz wyjazd do Speyer, skąd wróciliśmy kompletnie pijani. Samochodem. Zwalając jeden na drugiego, kto prowadził.

Aż mnie otrząsa gdy o tym pomyślę.

Udobruchałem ją mówiąc, że wrócę najpóźniej z końcem tygodnia, a ona wyciągnęła w moim kierunku otwartą dłoń, wyliczając: najwyżej pięć dni.