W innym czasie


Choć opuściła okno, wszystko wyglądało jak widziane przez brudna szybę. Szare budynki dworca i resztki brudnego śniegu na peronach. Zimne jarzeniowe światło. Obserwowała, stała w korytarzu kuszetki i patrzyła, jak na peronie, przy wejściach do wagonów, ciągle jeszcze tłoczą się ludzie.

Nie pojmowała skąd ta zmiana, dlaczego wszystko odbywa się tak wrogo.

Była obolała. Liczyła na kilka dni spokoju, ale chamski tłum na dworcu rozpychający się by zając miejsce w pociągu i bezczelny babsztyl, konduktor kuszetki, doprowadziły ją do rozpaczy.

Ale rozpaczy akurat Annie nie brakowało.

Pociąg ruszył krótko przed ósmą. Punktualnie, ale tego nie zauważyła. Stała drżąc przy otwartym oknie, dopóki ktoś z przedziału obok burkliwie kazał je zamknąć. Zasunęła szybę i oparta o nią patrzyła na mijane światła miasta.

Wszystko się zmieniło. Zabrakło nawet myśli na której mogłaby się oprzeć. Objęło ją uczucie bezsilności. Czuła się oszukana i zdradzona, choć to przecież ona podjęła wszystkie decyzje. Kiedy wyrzucała Piotra z domu nie czuła już żadnej więzi, tylko ocean żalu. Jego kłamstwa przelały miarkę. Wybaczyłaby mu, wybaczyłaby mu jego pijaństwo – ratowała go wiele razy – ale tego że nie stanął po jej stronie na radzie pedagogicznej, nie mogła mu wybaczyć. To była egzekucja. To była jawna zdrada.

A miało być przecież inaczej. Mówił, że nie podpisze lojalki, ale ją okłamał. Pewnie podpisał, bo nie wyleciał z pracy, a ona wyszła na idiotkę. Piotr stracił ją, a ona wszystko. Zacisnęła zęby by powstrzymać łzy. Rozejrzała się dookoła. Pasażerowie rozgościli się już w przedziałach. Ona stała cały czas w korytarzu z bagażem przy nodze. Dojeżdżali do Stargardu.

Nie czekała, aż wsiądą następni ludzie. Rozsunęła drzwi i weszła do przedziału. Pasażerowie z dolnych pryczy przywitali ją uprzejmymi spojrzeniami, po czym wrócili do przerwanej rozmowy. Ich syn leżał na pryczy naprzeciw Anny. Czytał coś w świetle latarki. Anna nieśmiało zapytała jeszcze, czy nie będzie im przeszkadzać światło.

Nie przeszkadzało.

Rzuciła torbę na najwyższą pryczę po stronie przeciwległej do jej miejsca. Przygotowała swoje posłanie. Z torby wyciągnęła kosmetyczkę i ręcznik; nie chciała robić zamieszania, gdy przyjdzie z nich skorzystać.

Pociąg był już w pełnym biegu. Torbę położyła w nogach swego posłania. Zgasiła światło w przedziale i wyszła na korytarz. Znów była sama. Wolała być sama. Ze swoim żalem, i z pretensjami.

Dużo jej zawdzięczał. Zbyt często stawiała go na nogi, i w końcu zwątpiła w jego geniusz. Chyba już wtedy, kiedy pokłócili się o przeprowadzkę do Szczecina. Nie chciał tego. Pił kilka tygodni bez opamiętania, a jego magisterkę o teleportacji kwantowej musiała skończyć za niego.

Ale czy na pewno musiała?

Przyszedł do domu i próbował jej coś tłumaczyć, mówił, że to ona się myli i że nie ma racji, ale tego jej było za dużo. Wpadła w amok, zbluzgała go i w końcu dała mu w twarz. Nie mogła znieść jego słabości, tego że tak bardzo dał zeszmacić.

Z jej oczu popłynęły łzy. Stała z łokciami opartymi o szybę i patrzyła na swoje odbicie, na krople, które spływały jej po policzkach. „Dość” – pomyślała. „Naprawdę dość!”.

Nie zmieniając ułożenia rąk zgarnęła kciukami wilgoć z twarzy. Przecież to nie była ona. Nie mazała się. Zawsze udawało się jej przeforsować swoją rację.

Weszła na powrót do przedziału, nie zapaliła światła. Sięgnęła po swoje rzeczy i wyszła na korytarz. Powoli, kołysząc się z wagonem, poszła, nie rozglądając się, do toalety. Była akurat wolna. Zakluczyła za sobą drzwi. Jej wzrok błądził po małym pomieszczeniu oświetlonym słabym światłem. Choć ogrzewanie działało i wewnątrz było ciepło, szyby okna były oszronione, przez szpary sączyło się zimno. Rozejrzała się, toaleta była czysta. W spierzchniętym lustrze zobaczyła swoje odbicie. Spojrzała na nie bliżej. Twarz wydawała się jej opuchnięta. Nie miała świadomości, że aż tak bardzo płakała. Wydała się sobie nawet niezbyt ładna. Szara mysz bez makijażu. „Gdzie ta ładna twarz, te śmiejące się niebieskie oczy, gdzie się to wszystko podziało” – pomyślała. „Czy to już starość?”. Tak, zdecydowanie czuła upływ czasu. „To już przecież trzydzieści lat!”. Z kranu popłynęła woda. Zaskoczyło ją to, że była ciepła. Nabrała jej w dłonie i zanurzyła się w niej. Poczuła ulgę. Sięgnęła po ręcznik przewieszony przez ramię. Powoli starła z siebie krople. „Co ja tu właściwie robię?” – zapytała szeptem.

Nie powinno jej być w tym pociągu. Gdyby nie upór matki, która wcisnęła jej do ręki pieniądze. To co miała, nie starczyłoby by wyjechać. Nawet kwaterę w Zakopanem załatwił jej brat. Wspaniałomyślny jak zawsze. Ale nie czuła, żeby był po jej stronie. Tutaj nic się nie zmieniło. Nie rozumiał jej nikt. Nie rozumieli jej, kiedy zamieszkała z Piotrem w jej mieszkaniu na Pogodnie, nie rozumieli, kiedy pokazała mu drzwi.

W jej głowie kotłowało się. Czuła na swoim ciele niezdrowe gorąco. Potrzebowała więcej wody. Zdjęła koszulę przez głowę nie rozpinając guzików. Stała przez chwilę patrząc na szczupłą, kruchą prawie kobiecą postać w lustrze, na smutną twarz ubraną w długie, jasnobrązowe włosy. Nacisnęła znów na pedał uruchamiający wodę. Ponownie zmoczyła twarz, włosy, polała wodą ramiona nie bacząc na to, że woda wlewa się na jej piersi i krople spływają na jej brzuch. Z jej oczu znów popłynęły łzy.

Pociąg najpierw zwolnił, a chwilę później gwałtownie szarpnął. Zbliżali się do następnej stacji. Oprzytomniała. Szybko wytarła się rącznikiem, naciągnęła na siebie koszulę. Nie włożyła jej w spodnie. Z kosmetyczki wyciągnęła szczoteczkę i pastę, odrzuciła włosy i umyła starannie zęby. Znów miała kontrolę nad swoim ciałem. Wychodząc zamknęła za sobą drzwi od toalety, prawie w tej samej chwili, kiedy pociąg się zatrzymał. Szła korytarzem patrząc przed siebie, nie interesowało jej gdzie się zatrzymali.

Weszła do przedziału. Dolne prycze cicho ze sobą rozmawiały. Chłopak już spał. Zdjęła buty i wsunęła się na swoje miejsce. Głowę ułożyła przy oknie. Nie była senna. Ułożyła się na boku z dłonią pod policzkiem. Pociąg znów był w ruchu. Kołysał przyjemnie jej ciałem, jakby próbował ją uspokoić. Ale ona cały czas była wśród swoich rozbieganych myśli. Uwięziona wśród nich już od trzech miesięcy, a może od lat.

Cały czas prosił. Regularnie przychodził do niej, niepokojąco trzeźwy, ale ona nie miała już ochoty na te rozmowy. Decyzje zapadły już dawno. Ich związek był jak siedzenie na bombie, i ta w końcu wybuchła. Ale jemu wydawało się, że możliwa jest jeszcze jakaś zmiana. Nie rozumiała skąd w nim taka siła. Te próby zbliżenia się do niej. „Nie wyobrażam sobie znów pójść z Tobą do łóżka” powiedziała mu w końcu. Miała już dość tego „pomóż mi”, kiedy pijany próbował w nią wejść, i nie dawał rady. To nie był on, a i ona była już całkowicie inna. Ale jaka była? Tego nie wiedziała. Czuła żal i znużenie.

W przedziale było gorąco. Zbyt gorąco dla niej. Zeszła z pryczy zabierając ze sobą papierosy. Znów buty, „to już rutyna” – pomyślała. Zbliżali się do następnej stacji. Wyszła na zewnątrz i opuściła okno zostawiając małą szparkę, w którą wypuściła dym.

Na korytarzu minęła ją konduktor. – Przeziębi się Pani – powiedziała do niej nieokreślonym głosem, ale Anna nie spojrzała nawet na nią. Zbliżyła twarz do szyby i przyglądała się miastu migoczącemu w ciemności za oknem, rozpoznawała je bez trudu. Byli już w Poznaniu.

Poznała go na czwartym roku. Był październik. Poszła z koleżankami do Akumulatorów, od kilku tygodni była znów wolna, potrzebowała odmiany. W klubie już od wejścia do akademika słychać było głośny szum. Miał być jakiś koncert, ale jak zawsze się spóźniał. Nie martwiło to chyba jednak nikogo. Małe i większe grupki ludzi tłoczyły się w hallu i na sali. Piotr stał w drzwiach, w towarzystwie trzech dziewczyn. Roześmiany, ze swetrem przerzuconym przez bark opowiadał coś, mocno gestykulując. Musiało je to bawić, gdyż głośno się śmiały. Gdy próbowała przejść przez drzwi spojrzał na nią i zrobił dla niej miejsce. Jego niespokojne niebieskie oczy pałały.

Zatrzymały się na niej przez chwilę, po czym wróciły do roześmianych dziewczyn.

Był na swój sposób genialny. Studiował fizykę, ale spotkała go na ćwiczeniach z matematyki. Zasłuchana siedziała z tyłu i patrzył na niego jak mówił o przestrzeniach Banacha. W korytarzu podszedł do niej. Był tak samo rozpalony jak kilka dni wcześniej, w klubie. Później wszystko działo się samo. Nie pamiętała już jak znaleźli się w końcu w łóżku, pamiętała tylko, że było to w jego domu, i że już tam została…

Pociąg wjechał na peron. Rozciągnięty na całej długości tłum nerwowo czekał, aż wagony staną; niektórzy byli bardziej niespokojni.

Opuściła okno.

Obserwowała, jak rozbiegli się ze swymi plecakami, walizkami i tobołami na wszystkie strony w poszukiwaniu miejsc. Do kuszetek było mniej ludzi, stali we względnym porządku, ale przy zwykłych wagonach odgrywały się dantejskie sceny. Patrzyła nie rozumiejąc jak ludzie rozpychają się krzycząc na siebie przy wejściach, ktoś wpychał kogoś do środka przez otwarte okno. Tą sama drogą wędrowały bagaże. Jak w dziwnym śnie. Jeszcze rok temu było to nie do pomyślenia.

Nie tylko dla niej chyba.

Na peronie, na wprost wejścia do kuszetki, stał ktoś, kto nie brał udziału w tym szaleństwie. Ten spokój przykuł jej uwagę. Mężczyzna stał i przyglądał się dziwowisku z rodzajem życzliwości na twarzy. Jego wzrok wędrował po peronie aż do chwili, gdy wykonał dziwny ruch obiema dłońmi, składając je przed sobą, patrząc przez nie na pociąg i na ludzi. Nie widziała nigdy wcześniej takiego zachowania.

Przyjrzała mu się. Akurat zbliżyli się do niego sokiści. Trójką. Jeden grubszy od drugiego, jeden od drugiego bardziej niechlujny. O coś go zapytali, ale ledwie co spojrzał na nich. Omiótł ich z góry niezainteresowanym wzrokiem i wrócił do obserwacji. Sokiści skonsternowani spojrzeli po sobie, i po chwili wahania poszli dalej.

Był wysoki, wydali się jej się przy nim jacyś tacy… mali, zbędni.

Przyglądała mu się dalej. Teraz była nim naprawdę zainteresowana. Na oko miał około trzydziestki, może kilka lat więcej. Pomimo chłodu miał gołą głowę, uwagę zwracały dość długie, czarne, kręcone włosy. Było też coś szczególnego w jego ubiorze. Może dlatego właśnie wyglądał inaczej, niż wszyscy wokół. Amerykańska wojskowa kurtka, spod której wystawał sweter z białej owczej wełny, dżinsy ciasno obejmujące jego nogi, buty traperki z jasnej skóry z wywiniętymi na nie getrami z kolorowej wełny. Na ramieniu miał dużą, skórzaną torbę, ciężką, wnioskując z jego postawy. Przy jego nodze stał alpejski plecak z przytroczonym do niego statywem fotograficznym. „Ten ruch to był kadr” – pomyślała, ucieszyła się jakby odgadła jakąś ważną zagadkę.

Do jej wagonu wchodzili ludzie.

Wycofała się w głąb przedziału, by umożliwić im przejście. Kiedy wróciła na korytarz, jego już na peronie nie było.

Otwarła znów okno i wychyliła się przez nie. Ostatni pasażerowie wchodzili do pociągu. Rozczarowana wróciła do przedziału. Była zaskoczona skokiem swoich myśli. Miejsce naprzeciw niej, na górze, było już zajęte. Ktoś pojawił się znikąd i całkowicie niezauważony zniknął nad ich głowami. Anna wróciła na swoje miejsce. Głowę położyła od strony korytarza, z dala od drabiny, ale chyba raczej dlatego, że przez szpary w zasłonach chciała coś jeszcze dojrzeć na zewnątrz.

Doczekała się.

Drzwi rozsunęły się i stanął w nich mężczyzna z peronu. Grzecznie przeprosił i zapalił górne światło. Zamienił kilka słów z małżeństwem z dolnych pryczy, zaskoczona obserwowała jak łatwo wywołał na ich twarzach uśmiech.

Miał tez coś dla niej.

– Dzielnie wytrzymała Pani to zimno – odezwał się. – Już zacząłem się o Panią martwić. Pani drżała.

Poczuła, jak jej twarz zalewa się rumieńcem. Tego się nie spodziewała.

Jego spokój i uprzejmość pogłębiły jeszcze pierwsze wrażenie, kontrast z otoczeniem stał się jeszcze większy. Pociąg szarpnął nimi i ruszył. Mężczyzna zdjął kurtkę, rzucił ją na swoją pryczę, coś wyciągnął z torby, bagaż wsunął bez trudu w schowek nad korytarzem. Uśmiechnął się jeszcze do niej i wyszedł na korytarz gasząc za sobą światło. Spojrzała na zegarek. W skąpym świetle dojrzała jeszcze wskazówki i cyfry.

Dochodziła jedenasta, a więc ruszyli o czasie.

Przez szparę w zasłonie wyjrzała na korytarz. Siedział na rozkładanym miejscu, tam gdzie było jasno. Palił papierosa i czytał jakąś książkę. Nie potrafiła się oprzeć i przyglądała mu się. Jego obecność.

Przez jej głowę przebiegły znów różne myśli. Jakieś damskie i męskie sprawy. Jakieś odległe wspomnienia, oczekiwanie i ruch… Nie zauważyła kiedy zasnęła.

A może to nie był sen.

Przechodziła przez ciasne pomieszczenia, najpierw puste i obce, zaś później zaludniające się znajomymi twarzami. Nagła jasność. Widziała roześmianą twarz Piotra, widziała jak przenosił ją przez łopiany nad Wartą w ulubione zaciszne miejsce, by mogli się na siebie rzucić, nie zważając na owady i wilgoci idącą od rzeki. Zgubiła go później. Sama szła po omacku, znów przez ciasne korytarze, pełna lęku i starych niedopowiedzianych spraw. Jakichś nieistotnych szczegółów i zapachów. A może właśnie one miały znaczenie. Nie miała nikogo, kto by pomógł jej tą zagadkę rozwikłać.

Koła pociągu równomiernie uderzały o łącznia szyn i o rozjazdy, aż gwałtowny ruch wybudził Annę ze snu.

Rozejrzała się dookoła. Leżała z twarzą zwróconą do wnętrza kuszetki. W przedziale i na korytarzu było ciemno. Wszyscy spali. Ze wszystkich stron dobiegały do niej różnie nastrojone oddechy. Góra też była zajęta. „A więc poszedł spać” – pomyślała, patrząc na rękę zwisającą wzdłuż pasa podtrzymującego pryczę. Była tak blisko niej.

Poczuła niepokój. Niepokój wynikający z tej bliskości, a może chodziło o coś jeszcze. Choć nie widziała szczegółów, jego silne nagie ramię, jego dłoń były w jej zasięgu. Czuła jak przyspiesza jej serce. Uniosła lewą rękę. Jej palce były centymetry od jego palców…

Opuściła dłoń, lecz nie potrafiła oprzeć się tej bliskości.

Znów podniosła rękę, oparła ja na parcianym pasie. Jej palce zaczęły się wspinać w górę, aż dosięgły jego palców. Muśniecie? Jeszcze przypadkowe. Cofnęła dłoń, ale nie położyła jej na pryczy. Została czekając na ruch. Ale ten nie nastąpił. Dotknęła wnętrza jego dłoni. Przesunęła lekko palce po jasnej skórze. Dłoń powoli zaczęła się zamykać. To nie był odruch. Szukała jej. To była odpowiedź. Posunęła palce wyżej do nadgarstka. Jego palce objęły przegub jej dłoni. Poczuła ciepło schodzące w dół ręki, rozprzestrzeniające się po jej ciele.

W jej głowie już nie było myśli. Przelatywały przez nią tylko skrawki obrazów, niektóre dosłowne, prawie jak dotknięcia, inne odległe jak wołanie z odległych światów. Ich dłonie pieściły się, rozmawiały ze sobą, a Anna wpadała coraz głębiej w swoje ciało. Czuła mrowienie, wilgoć była już nie tylko w jej umyśle, ale rozlewała się w niej jak najbardziej fizyczne pożądanie. Przeszła przez nią kolejna fala gorąca. Nie znała wcześniej takich emocji. Jej prawa dłoń wędrowała wokół guzika jeansów, ale nie odważyła się go rozpiąć. Czuła pot na ciele i wilgoć między udami. Nie rozumiała co się dzieje. Gwałtownie szukała jakiejś myśli, siły by to przerwać, ale pociąg nagle gwałtownie szarpnął i zakołysał się.

Jego dłoń odeszła.

Pociąg zwolnił. Koła piszcząc wtoczyły się w rozjazdy. Wózki zaskrzeczały, jakby rozrywane przez nieludzkie siły, po czym uspokoiły się. Pociąg lekko przyspieszył.

Anna leżała bez ruchu. Nie potrafiła znaleźć w sobie żadnej jasnej myśli. Czuła jak ogarnia ją panika. Odwróciła się na bok, do wnętrza przedziału. Prawą ręką odsunęła zasłonkę oddzielającą jej głowę od szyby korytarza. Próbowała rozpoznać, gdzie w ogóle są.

Na zewnątrz było widać światła dużego miasta.

Wagon sunął powoli, stukocząc na łączeniach szyn. Jej wzrok nauczył się rozpoznawać szczegóły. Właśnie wjechali na słabo oświetlony peron. Wrocław Mikołajów, zdążyła jeszcze odczytać. Dojeżdżali do Wrocławia.

Pociąg zatrzymał się z lekkim szarpnięciem. Pomimo zasłon w drzwiach, światło dworca zalało ich przedział. Za ścianą po jej stronie słychać było ożywienie, ktoś skończył podróż. Anna notowała te wszystkie szczegóły, jakby chciała się upewnić, że jest w rzeczywistym świecie.

Z górnej pryczy usłyszała ruch.

W odruchu przerażenia odwróciła się twarzą do ściany. „Boże, co ja wyrabiam” – przemknęło jej przez głowę. Górna prycza jęknęła, usłyszała jeszcze szczęk okuć pasa i toczenie się rozsuwanych drzwi. Wyszedł na korytarz i zasunął za sobą drzwi.

Nie wiedziała co robić. Cała jej pewność siebie prysnęła. Oczywiście, mogła zostać i udawać że jej nie ma, ale w końcu i tak musiała spojrzeć mu w twarz.

Ta myśl przeważyła.

Obróciła się i chwyciła za pas. Podciągnęła kolana, owinęła się wokół jakiegoś niewyobrażalnego środka i znalazła się stopami na podłodze, trochę zdumiona tą łatwością. Przyklęknęła raz na jedno, raz na drugie kolano i założyła buty. Wstając odrzuciła do tyłu włosy, sięgnęła po sweter leżący na torbie. Wciągnęła go przez głowę, palcami wysunęła schowane pod nim włosy, i wyszła na korytarz.

Stał po prawej stronie wejścia oparty o szybę przedziału z rękoma złożonymi za sobą. Zasunęła drzwi i stanęła tak samo jak on, po lewej stronie drzwi. Obrócił głowę i spojrzał na nią, zatrzymał na niej wzrok. Anna zrobiła to samo.

Dopiero teraz mogła mu się dokładnie przyjrzeć. Przyjęła by każdy zakład o to, że on pomyślał tak samo. Patrzyła wprost w jego oczy. Głęboko osadzone, czarne prawie, całkowicie dla niej niedostępne. Wydawały się być wąskie, ale to chyba przez cień powiek, albo je właśnie delikatnie zmrużył. Ich oprawa też była doskonale czarna. Brwi, długie lekko kręcące się włosy, wszystko to w połączeniu z proporcjonalną twarzą i wąskimi zaciśniętymi ustami zrobiło na niej piorunujące wrażenie. Poczuła, że chciałaby więcej.

Korytarzem z jej strony szli pasażerowie z bagażami. Usłyszała to, odwróciła w ich kierunku głowę. Trochę nieprzytomnie patrzyła na nich, jakby nie rozumiejąc, co oni tu właściwie robią, aż do chwili kiedy byli na jej wysokości. Wtedy zrozumiała, że chcą obok niej przejść. Wciągnęła brzuch. Do przedziału obok weszło małżeństwo z trójką małych dzieci i wypełnili przedział.

Znów patrzyła na niego. Nie zmieniając pozycji ciała obserwował przez ramię – jakby zamyślony – jak nowi pasażerowie instalują się sąsiednim przedziale. Od strony przedziału służbowego szedł w ich kierunku patrol żandarmerii. Dwóch żołnierzy. Zaglądali do środka i sprawdzali dokumenty. Zauważyła już wcześniej, że rozmawiali z konduktor, przeglądali jakieś papiery.

Podeszli do nich.

– Dowody proszę – odezwał się pierwszy z nich.

– Rozmawiamy właśnie i nie chcemy przerywać rozmowy – wskazał głową na Annę.

Żołnierz spojrzał na niego, zaskoczony: ich oczy się spotkały. Zawahał się, uśmiechnął się w kierunku Anny i zasalutował, chyba szarmancko.

– Spokojnej nocy!

Obaj żołnierze przeszli obok nich i wysiedli na drugim końcu wagonu nie niepokojąc już pasażerów. „A więc to takie proste?” – pomyślała – „Skąd on wie takie rzeczy? Skąd wiedział to Piotr?”

Usłyszała głośny gwizd dochodzący z peronu. Pociąg ruszył.

Drzwi kuszetki zasunęły się. Uniósł głowę i znów spojrzał na nią. Badawczo. Tym razem jego oczy mówiły do niej, pytały nawet. Nie wiedząc dlaczego skinęła głową. Patrzył na nią przez chwilę, po czym odepchnął się od ściany przedziału i poszedł wolnym krokiem w prawo, by zniknąć po chwili w przedziale służbowym.

Wyszedł po dłuższej chwili.

Szedł w jej kierunku sprężyście i pewnie amortyzując kołysanie wagonu. Zatrzymał się przy niej, podniósł prawą dłoń, palcami zagarnął jej rozsypane włosy za lewe ucho.

Wszystko w niej zadrżało.

Uśmiechnął się kącikami ust. Rozsunął drzwi przedziału, wszedł do środka i wspiął się na swoją prycze. Po chwili był znów przy niej. Chwycił prawą ręką jej lewą rękę i pociągnął za sobą. Całkowicie osłupiała, posłusznie poszła za nim. Zatrzymali się przy otwartych drzwiach przedziału służbowego. Jak przez sen obserwowała, jak wciska w dłoń konduktor zwitek banknotów. „dziesiątka” – usłyszała jeszcze – „na drugim końcu wagonu”.

Wyszedł z przedziału służbowego. W prawej dłoni miał klucz.

Chodź! – powiedział spokojnym głosem.

Minął ją i poszedł wzdłuż wagonu.

Jak zahipnotyzowana podążyła za nim. Zatrzymał się przy ostatnim przedziale.

– Musisz być pewna, że tego chcesz – zatrzymał się i, nie czekając na odpowiedź, podniósł dłoń w górę. Ciężkim kluczem otwarł przedział.

Wszedł do środka. Stała w drzwiach patrząc na niego, kołysząc się do przodu i do tyłu, jakby wagon podchwycił jej wahanie. Serce waliło jej jak oszalałe. Jakaś siła wepchnęła ją do środka. Obrócił ją i mijając podszedł do drzwi. Przekluczył zamek i zasunął zasłonę. Podszedł do niej, wsunął dłonie pod jej sweter, przesunął po jej plecach.

– Nie, nie szeptała i kręciła głową, ale podniosła ręce w górę, gdy przeciągał sweter przez jej głowę. Rzucił go na pryczę i opierając czoło na jej czole rozpiął guziki jej koszuli. Zdjął ją z niej i posłał za swetrem. Złożył ręce za nią i rozpiął jej stanik.

Zupełnie bezwolnie podała ręce do przodu by mógł go zdjąć. Pochylił się i zaczął całować jej piersi, czuła jak wypełniają jego dłonie, jak twardnieją sutki, jak rozlewa się w niej ciepło jego pocałunków i jego rąk. Chwycił ją za ramiona i położył na dolnej pryczy głową do okna. Kleknął przy jej ramionach. Czuła jego pieszczoty, jego usta na piersiach, jego dłoń na swoim brzuchu, schodzącą niżej do guzika, którego wcześniej bała się dotknąć.

Ale on się nie bał. Rozpiął go, wsunął dłoń między jej uda. Poczuła jak pulsują jej nerwy roznoszące ciepło po całym ciele, jak od szybkiego bicia serca nabrzmiewają w jej ciele żyły, jak wypełnia się jej łechtaczka i wilgotnieje srom. Coś w niej cały czas się broniło, ale czuła że nie chce się opierać, nawet jeśli w ogóle opierać się chciała. Wsunęła prawą rękę między jego uda. Poczuła siłę rozpierającą jego spodnie. Drugą ręką sięgnęła wyżej i poczuła rząd metalowych nabijanych guzików, które szarpnęła i otwarła jego dżinsy. Ściągnęła je w dół i uwolniła członka. Chwyciła jego pośladki i przysunęła go bliżej siebie tak by mogła wziąć go w usta. Poczuła jak ją wypełnia. Próbował wykonać jakiś ruch, ale mu mnie pozwoliła. Zaparła się łonem na jego dłoni i przygarnęła go do siebie prawą ręką, lewą trzymając go i wprowadzając w swoje usta. Nie czuła niewygody. Nawet przeszło jej przez myśl, jak bardzo ich ciała pasują do siebie, jak bardzo składny jest ten ich ruch.

Patrzyła na niego.

W skąpym świetle mogła dojrzeć jego grymas, mogła odbierać ruch jego palców, jego dłoni. „Tak” – pomyślała – „będę patrzeć w te jego cholerne oczy”.

Uspokoiła się. Wydało się jej nawet że niepokój minął i że odzyskuje kontrole nad tym, co się dzieje i może wreszcie smakować przyjemność która odczuwa, i dawkować mu rozkosz.

Pochylił się nad nią, wysunął się z jej ust i z jej ręki. Jego oczy były teraz przy jej oczach, czuła jakby patrzył przez nią na druga stronę świata, ale to uczucie zniknęło w pocałunku. Silnym namiętnym, gwałtownym. Poczuła jego dłoń zsuwającą jej spodnie i siłę która uniosła jej biodra. Ściągnął je i posadził na pryczy. Chciała zaprotestować, ale klęcząc nadział ją na siebie zanim zdołała wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.

Nie słyszała pociągu.

W słabym świetle widziała jego twarz, zdecydowaną i napiętą, jakby szukał czegoś w oddali. Czuła, że chciałaby by sprawdzić co to jest. Otworzył oczy. Patrzył teraz na nią, nie przerywając. Jego twarz się zmieniła, dostrzegła w niej coś w rodzaju uśmiechu. Był z nią. Czuła że pragnie, by było go więcej. Podążała za jego ruchami. Silnymi, świadomymi, poszukującymi jej. Nie znała takiej miłości. Patrzyła na niego z wysiłkiem, wiedziała, że to co się dzieje z jej ciałem nie bierze się z jej głowy, a ma związek tylko z nim. Do niego zmierzała. Poddała się mu, przez półprzymknięte powieki widziała odpowiedź jego ciała. Był tylko dla niej. Tylko on i ona. Żadnej przeszłości, tylko seria skurczów, która wstrząsnęła ich ciałami.

Położył ją na pryczy. Wstał, podciągnął jeansy i zdjął z górnej pryczy pościel. Zawinął jej spocone ciało w prześcieradło i przykrył kocem. Patrzyła cały czas na niego myśląc, że nikt nie mógłby tego zrobić lepiej. Siadł na podłodze. Jego twarz była blisko jej głowy. Lewą ręką chwycił jej dłoń, ścisnął mocno, a drugą położył na jej twarzy. Czuła delikatne muśnięcia na swoim policzku. Równomierny rytm kół pociągu, kołysanie. Wreszcie błogość i spokój. Teraz mogła zasnąć.

Obudził ją bezruch i cisza. Zasłony w oknie były rozsunięte. Świtało. Podniosła głowę. Przedział był pusty. Ubranie leżało w jej zasięgu na przeciwległej pryczy, starannie złożone. Na podłodze stały jej buty. Z peronu dochodziły gwizdy i nawoływania.

Oprzytomniała. To nie mógł być sen.

Owinięta prześcieradłem usiadła. Szybko ubrała się. Założyła buty. Wstała, rozsunęła drzwi. Podeszła do okna.

Pasażerowie z innych przedziałów stali przy oknach podobnie jak ona. Niektórzy cicho ze sobą rozmawiali, niektórzy po prostu gapili się na peron. Jej wzrok wypatrywał nazwy stacji. Zajrzała jeszcze do przedziału i omijając ludzi poszła w kierunku, z którego w nocy przyszła. Szukała go. Szukała swojego miejsca, ale wszystko było dziś inne. Dolne prycze w przedziale były puste. Małżeństwo z dzieckiem zajęte było pakowaniem walizek. Jedna z nich leżała na jej pryczy. Nikogo prócz nich w przedziale nie było. Zamarła. Oparła głowę o szklane drzwi. Spojrzała w górę na pustą górną pryczę i znów odczuła panikę. Innego rodzaju. „To nie powinno się tak kończyć” – pomyślała.

W tej samej chwili z końca korytarza usłyszała jego głos.

– Herbata czeka na Ciebie – zobaczyła jak wychodzi z przedziału służbowego. Podszedł do niej, dotknął jej policzka. – Chodź!

Posłusznie poszła za nim.

– Na imię mi Tomasz, jak się do Ciebie zwracać? – odwrócił w jej kierunku głowę, balansując kołysanie pociągu.

– Anna – odpowiedziała.

Wszedł do przedziału pierwszy.

Konduktor siedziała na pryczy i wypełniała ołówkiem rubryki.

– Dzień dobry, wyspana? – zwróciła się do niej z lekkim uśmiechem.

Spojrzała na konduktor zaskoczona. Ale w jej ładnej i miłej twarzy nie było nic prócz sympatii. Ani cienia dwuznaczności, czy jakiegoś spoufalenia. „Jak mogłam to wczoraj przeoczyć?” – pomyślała. Skinęła głową. Konduktor podała jej kubek z herbata.

– Niech Pani siądzie, tu jest dość miejsca.

Wstała, odłożyła druki, które miała w ręku na półkę nad pryczą i zwróciła się do Tomasza:

– Panie Tomku, wypijcie ze spokojem, woda jest w czajniku. Ja muszę dokończyć obchód.

Tomasz przeprzepuścił ją do wyjścia i siadł obok Anny.

– Hej, wyspałaś się? – patrzył na nią z delikatnym uśmiechem.

Był wyważony i nie było w nim nic, prócz prawdziwego zainteresowania.

– Tak – powiedziała. – Dawno już tak spokojnie nie spałam.

Przyglądała mu się.

Za dnia wydawał się być bardziej delikatny, w jego twarzy nie było już ostrych cieni. Gładkie policzki i broda pokryte były lekkim zarostem. Wydawał się być młodszy od niej, ale po jego ruchach i głosie wiedziała że to nieprawda. Pił herbatę przyglądając się jej. Miała wrażenie, że ogląda każdy fragment jej ciała, każdy szczegół ubioru. Ale było to czymś innym niż taksowanie, nie czuła się napastowana. Miała nawet wrażenie, że tylko dopowiada sobie to, czego nie zauważył poprzedniego wieczoru. Rozmawiał z nią po prostu.

Ona tak nie potrafiła. Potrzebowała jednoznaczności.

– Ty tak często? – palnęła, i od razu wiedziała że zapytała głupio.

Nie spieszył się z odpowiedzią. Może nie chciał w ogóle odpowiadać? Tak pomyślała, ale nie zdążyła pójść za tą myślą.

– Zaprosiłaś mnie, a ja nie miałem powodu by odmówić.

Cały czas patrzył na nią w ten sam sposób.

– Nie mogę sobie pozwolić na ignorowanie znaków.

Zaskoczenie. Spodziewała się czegoś innego.

– Znaków? – nic innego nie przyszło jej do głowy.

– A jak inaczej to nazwać – rzucił przed siebie i dodał: – Nigdy. Nigdy nie przydarzyło mi się coś, co mógłbym z tym porównać. Z tą nocą.

Pił herbatę. Anna szukała w sobie dalszych słów.

A później tak:

  • Cały czas myślę, jak mało to prawdopodobne. Uśmiechnął się, jakby bezradnie.
  • Nie potrafię policzyć prawdopodobieństwa takiego spotkania.

Odpowiedziała takim samym uśmiechem, a on mówił dalej:

– A Ty? Ty wiesz jak? – jego głos stał się nieomal zaczepny.

Poczuła, że coś się w niej otwiera. Tak potrafiła rozmawiać.

– Nie wiem. Ale jestem matematykiem – odpowiedziała, śmiejąc się.

Napięcie zamieniło się w lekkość

– Policzę, kiedy ochłonę – dodała

Na zewnątrz zmienili lokomotywę. Konduktor wróciła do przedziału.

– No młodzi, zmykajcie, ja się wam już do niczego nie przydam – spojrzała na nich z czułością. – Panie Tomaszu, niech pan uważa na siebie.

Anna poczuła się oszołomiona tą wymianą zdań.

– Na nią też – dodała.

– Będę, pani Mario – odpowiedział.

Konduktor spojrzała na Annę życzliwie, z jakąś niezrozumiałą dla niej aprobatą.

– Niech się Pani nie boi tak bardzo. To jednak jest nasz świat.

Anna spojrzała na nią nie rozumiejąc, ale pod skórą poczuła jakaś zmianę: żadnego zakłopotania. Nawet gdy pociąg ruszył i poszli do przedziału, w którym spędziła noc.

Tomasz otworzył drzwi. Zakluczył je jak tylko weszli do środka. Gdy przechodził obok niej, prawie przylgnęła do niego, ale on tylko pogłaskał ją po włosach. Podniósł środkowe prycze i usiadł przy oknie.

Siadła naprzeciw.

Wszystko wydawało się jej jaśniejsze. Nawet brudne szyby nie przeszkadzały jej dostrzec piękna za oknem.

– Jedziesz na wakacje? – patrzyła przez rzęsy.

– Nie, jadę do pracy – odpowiedział.

– Do Zakopanego? Szczęściarz! – była trochę zdziwiona – Gdzie dają taką?

– Taką? – zaśmiał się – Nie polubiłabyś tej roboty.

Z jego twarzy nie schodził uśmiech:

– Będę fotografował turystów. Pewnie z polarnymi niedźwiedziami.

Uśmiech.

– Próbuję przetrwać, to wszystko.

Każde jego słowo dopełniało obrazu. Anna coraz więcej widziała, ale nie była pewna, czy rozumiała. Potrzebowała uzasadnienia, bez niego sama sobie wydawała by się sobie zbyt łatwa.

– Robisz to od dawna? – zapytała odruchowo, choć wiedziała że to pytanie było zbyteczne.

– Nie, jeżdżę tu i tam. Fotografuję ludzi. Dopiero od kilku miesięcy. To nie jest mój zawód. – odpowiedział prosto w jej oczy, bez zastanowienia.

Dopiero tym wzbudził jej ciekawość.

– To czym zajmowałeś się wcześniej?

Jestem operatorem filmowym, a tak ściślej: dokumentalistą. – odpowiedział. – Kręcę rzeczywistość. Latem robiliśmy materiał z generałem, poszedł, ale do zespołu zadzwonił jakiś urzędas z kancelarii premiera, że pokazałem jego szefa jako jakiegoś idiotę. No i wyleciałem z roboty. – Obojętnie patrzył za okno. – To był pretekst. Nazbierało mi się przez ostatnie lata – dodał spokojnym głosem.

Zamilkł. Przez chwilę bawił się pudełkiem zapałek.

– Fotografia to chyba to samo? – rzuciła i zorientowała się, że palnęła gafę.

– Nie to samo, ale wiesz? – zastanowił się – Dla mnie właściwie tak. Od kiedy zacząłem znów robić zdjęcia, zacząłem myśleć o sobie jak o artyście…

Wyciągnął z paczki papierosa i zajął nim drugą rękę.

– Wcześniej nie – dodał. Byłem do wynajęcia. Zależny od obcych ludzi, od cudzych pieniędzy, kaprysów. Nie radziłem sobie z tym. Nie czułem tego….

Wyszli na korytarz. Zapalili papierosy.

– A ty przed czym uciekasz?

Jego wzrok błądził po twarzy Tomasza. Przez chwilę zastanawiała się jak odpowiedzieć. Chciała wyrzucić z siebie wszystko, chciała za nim nadążyć. Na pewno nie chciała mu być czegoś winna:

– Skąd myśl, że uciekam? – zapytała.

– Masz ze sobą zbyt małą torbę, jak na kobietę jadącą na wakacje. – powiedział przekrzywiając głowę. – Widać, że reszta bagażu jest w twojej głowie – dodał, patrząc na smużkę z papierosa.

Tymi słowami przeraził ją. Chciała opowiedzieć o pracy, o Piotrze, ale nie potrafiła znaleźć właściwych słów.

– Od czego zacząć? – zapytała, nie wierząc że wypowiada te słowa.

– Od tego co najbardziej boli – oparł się o ścianę przedziału.

Patrzyła na jego profil, na silną sylwetkę i złożone za plecami dłonie. Widziała spokój i determinację; pomyślała, że tego właśnie potrzebuje w tej chwili. Emocje, które w niej budził były tak silne, że przykrywały emocje ostatnich miesięcy i lat. Jej serce znów przyspieszyło.

– Wiesz, że zawsze chodzi o miłość – zaczęła – o to co czujemy, czego pragniemy i co zawsze w końcu tracimy. Ja odrzuciłam moje poprzednie życie. A mężczyznę którego kochałam posłałam do diabła – wyrzuciła z siebie i czekała na jego reakcję.

Widać było, że zbiera myśli.

Pomógł jej.

– Również straciłem poprzednie życie. – zrobił dłuższą przerwę powoli paląc. – Pokusa jest w myśli, że być może stało się to bez niczyjej winy, ale nie zmienia to faktu, że mam poczucie straty. Ludzie nie powinni sobie niczego zabierać.

Nie patrzył na nią. Obserwowała jak przez jego twarz przechodzi napięcie.

– Nawet jeśli to już norma, że aby coś dla siebie zachować, trzeba kogoś innego tego pozbawić. – śledził ruch za oknami pociągu. – Zawsze ktoś coś straci.

W jego głosie była stanowczość, jakieś głębokie przekonanie. Otwarł okno i wychylił twarz na zewnątrz. Nie czuła zimna. Patrzyła jak Tomasz wdycha zimne powietrze i jak pozwala strugom powietrza szarpać swoje włosy.

– Zamknij okno. Przewieje cię! – powiedziała instynktownie kładąc dłoń na jego ramieniu.

Odwrócił się do niej.

– Masz rację, wejdźmy do przedziału.

Siedli znów naprzeciw siebie.

– Kochasz ją? – zapytała wskazując na obrączkę na lewej dłoni Tomasza – bo ja Piotra kocham. – wyrzuciła z siebie automatycznie, by mieć to już za sobą.

Patrzył na nią dłuższa chwilę. Najwyraźniej zastanawiał się nad czymś.

– Nie wiem Aniu, miłość wydaje mi się już tylko jakąś odległą koncepcją. Żaden opis tego jak miałoby być, nie przemawia do mnie. Wszędzie widzę tylko emocje, chyba jedynie one są prawdziwe. Reszta to lepiej lub gorzej rozgrywana gra. Ale to akurat zrozumiałem zbyt późno. – jego wzrok błądził po wzgórzach za oknem.

Rozparł się na siedzeniu, jakby szukał mocnego oparcia.

– A obrączka należała do mojego ojca. Kolejna strata. – wrócił wzrokiem do niej. – Nie jestem na tyle silny, Aniu, by ciągle tracić. To się już nie powtórzy.

Podciągnęła nogi pod brodę. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wie, co powie następne. Bez trudu czytała go.

– Chcę czegoś tylko dla siebie – dodał – i nie mam zamiaru niczego nikomu dawać. Już nie – wyciągnął w jej kierunku otwarte dłonie. – I niczego nie oczekuję.

Wydawało się jej, że powinna coś powiedzieć, ale z namysłem kontynuował.

– To jest może egoistyczne, ale myślę, że mając puste ręce mogę wreszcie kogoś naprawdę objąć.

Słuchała jego spokojnie, z namysłem wypowiadanych słów z podbródkiem opartym na kolanach. Nie spotkała nigdy wcześniej nikogo, kto by mówił w ten sposób. Tak, jakby najważniejszą rzeczą było to, by zostać właściwie zrozumianym. „Ale czy ja potrafię rozumieć?” – pomyślała. – „Czy potrafiłabym znów kiedyś żyć dla kogoś bez moich żalów?” Słuchała jak opowiadał o pracy, o tym ile kosztował go jego upór, ale tej wiedzy już nie potrzebowała.

W pociągu biegnącym przez zaśnieżony górski krajobraz zapragnęła przynależności do tego świata, do świata który na jej oczach się otworzył. Pragnęła go, choćby miał on istnieć tylko przez chwilę.

„Jeśli nie teraz, to kiedy to powiem?” Zaczęła nijako.

– Wiedziałam już na peronie, czułam, że zetknęły się różne wszechświaty.

Zabawnie przekrzywił głowę. Słuchał. Naprawdę słuchał.

– Możesz być pewien, że tak właśnie było – dodała z cichym śmiechem – dwa współrzędne zdarzenia. – Czuła przypływ radości, spokój: – Tak tłumaczę uczniom, w jaki sposób, zgodnie z teorią względności, określić współrzędne równorzędnych zdarzeń – śmiała się nadal, – zawsze wtedy używam peronu i pociągów.

Tomasz patrzył na nią, jego oczy też się śmiały.

– Chcesz posłuchać? – zapytała, nie do końca pewna.

– Jasne! – on nie miał żadnych wątpliwości.

Odłożył papierosy i zapałki na stoliku, zsunął buty z nóg i usiadł głęboko na pryczy podciągając pod uda stopy.

– No więc tak – zaczęła – Każdemu zdarzeniu elementarnemu można przypisać cztery liczby. Nazywamy je t,x,y,z. Znasz je, to współrzędne, a układ tych liczb to układ współrzędnych. „t” to jest czas, rozumiesz? – patrzyła na niego jakby coś tłumaczyła dziecku.

– Tak, do tej pory rozumiem – odpowiedział karnie, patrząc prosto w jej oczy.

– Otóż szczególna teoria względności określa, w jaki sposób, przy pomocy zegara i urządzenia do wysyłania i odbierania światła określać współrzędne zdarzenia.

Nabrała powietrza w płucach.

– Otóż współrzędne zdarzenia odnosimy do wskazań użytych przyrządów pomiarowych. To tez jest zawsze jakiś układ, dlatego nazywamy go układem odniesienia, na przykład układ związany z tobą stojącym na peronie piątym w Poznaniu. To twoja czasoprzestrzeń Tomaszu, rozumiesz?

Skinął głową.

– Drugi układ związany jest z osobą jadącą w pociągu, i to jest kuszetka w której stoję wypatrując przez okno – uśmiechała się do niego, ale tak naprawdę chciała go dotknąć – Układy zbudowane zgodnie ze szczególną teorią względności nazywamy inercjalnymi układami odniesienia. Kiedy byłeś we mnie, nastąpiła transformacja współrzędnych z jednego inercjalnego układu odniesienia do innego inercjalnego układu odniesienia.

Opuściła nogi na podłogę, zbliżyła się do niego. Oparła kolana na jego siedzisku. Ujęła jego twarz w swoje dłonie. Pocałowała go delikatnie.

Nie oponował, poddał się.

Cofnęła głowę cały czas trzymając jego twarz.

– Tę transformację określają równania Lorentza, które nazywamy też transformacją Lorentza.

Przez chwilę badawczo szukała go za czarnymi prawie źrenicami. Miała wrażenie że chce ją wpuścić. Uśmiechała się cały czas, jego oczy też były roześmiane. Cmoknęła go w policzek i usiadła z powrotem na swoim miejscu.

– Tym się zajmowałam w swojej magisterce. – dodała w chwili gdy pociąg wjeżdżał na stację w Chabówce.

Siedział naprzeciw niej, i patrzył badawczo.

– Naciągnęłaś to trochę, prawda? – zapytał podejrzliwie.

Roześmiała się:

– Tylko troszeczkę!

W tej samej chwili spojrzeli za okno.

– Co dalej? Co z tym wszystkim zrobisz? – zapytał.

– Niby wiem – odpowiedziała, zawijając włosy za ucho. – Czasoprzestrzeń ma strukturę metryczną przestrzeni Minkowskiego, a ona jest zbiorem zdarzeń elementarnych o strukturze wynikającej ze szczególnej teorii względności. To co nam się przydarzyło to proces fizyczny, zajmujący w tej przestrzeni punkt, czyli trwające nieskończenie krótko zdarzenie dokonujące się w nieskończenie małym obszarze.

Sięgnęła po papierosy.

– Mogę je zignorować, albo nazwać jak ty: znakiem.

Znów się śmiała. Pociąg nabierał prędkości.

– Co z tym zrobię? Będę zwracać uwagę na znaki i przypomnę sobie te z przeszłości…

Zakrztusiła się dymem.

– To jest pewne – powiedziała, gdy już opanowała kaszel. – Wiesz Tomasz, dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że kiedy nie powiesz prawdy od razu, powiedzenie jej później staje się niemożliwe. Jestem ofiarą swoich nieprawd. A największą jest to, że starałam się zawsze przeforsować swoją wolę, nie bacząc na to co dawał mi Piotr – dziwiła się sile swojego głosu – a wmówiłam mu winę za to, że nam nie wyszło.

Zgasiła papierosa i na powrót podciągnęła kolana pod brodę.

– Z całą resztą już sobie poradzę – dodała – a ten zamordyzm – pokazała ręką jakieś nieokreślone „na zewnątrz” – to tylko iluzja. Piotr miał rację: niepotrzebnie wystawiłam się na strzał.

Kołysała się, patrząc na niego:

– A co z Tobą?

Czuła, że słucha jej uważnie, że chłonie to, co do niego mówi.

Tomasz wyjrzał na zewnątrz.

– Chyba znalazłem sposób na przetrwanie. Chcę zyskać na czasie – powiedział, jakby do siebie. – Chcę wyjechać za granice, choćby na jakiś czas. Ale jeśli to nie wyjdzie, nie będę histeryzował. Znajdę sobie jakieś miejsce w Polsce.

Błądził wzrokiem za szybą.

– Masz kogoś teraz? – znów nie była pewna, czy może sobie na to pozwolić.

– Nie. Próbuje na własną rękę, sam, ale nie będę się bronił jeśli na kogoś trafię – uśmiechał się znów do niej – na kobietę trzeźwą, do życia. Wiesz, taką bez kompleksów i strachu.

Wyciągnął w jej kierunku palec.

– Te wszystkie ograniczenia i przymus są tak naprawdę tylko w naszych głowach – dotknął palcem jej czoła. – Stan wojenny się kiedyś skończy i nie wszystkich przetrąci.

Jego głos stwardniał, czuła w nim głęboki namysł.

– Myślę, że teraz przyszłość zależy w większym stopniu ode mnie, niż było to wcześniej – zawahał się. – Choć nie wiem jaka będzie.

Pociąg ruszył. Znów zmiana kierunku. Siedziała oparta podbródkiem o kolana. Jej ciało było rozluźnione, nic nie bolało. Czuła, że zniknął cały balast. Jego słowa były łatwe. Nagle wszystko było łatwe. Mówił jak to będzie, o rzeczywistości, o cierpieniu i o strachu. „Dlaczego nie zauważałam tego wszystkiego wcześniej” – zastanawiała się – „Dlaczego ignorowałam wszystko, tylko dlatego że nie było moje!”.

Góry były coraz wyższe: mówili o świetle, o cieple, a na zewnątrz panoszył się słoneczny dzień.

Przed Poroninem przypomnieli sobie, że jadą w nieswoim przedziale.

– Mamy raptem 10 minut – powiedział.

Zerwali się z siedzeń i poszli kołyszącym się korytarzem. Po drodze minęli panią Marię. Tomasz podał jej klucz, a ona tylko machnęła na nich ręką. Nie były potrzebne żadne słowa.

Ich przedział był pusty, Anna widziała wcześniej chłopaka z sąsiedniej pryczy, jak wysiadał z rodzicami w Białym Dunajcu.

Spakowali się szybko.

Spojrzała na zegarek. Byli o czasie.

Na peronie stali naprzeciw siebie, jakby próbowali coś ustalić. Ale Anna nie odważyła się czegoś zapragnąć. Czuła, że cokolwiek powie i tak będzie inaczej.

– Przytrafiliśmy się sobie z jakiegoś powodu – powiedziała mocnym głosem, który miał przykryć lęk.

Tomasz patrzył na nią i kiwał głową zamyślony, jakby jej – lub sobie – przyznawał rację. Chciała jeszcze coś dodać, ale zmieniła zdanie.

Ryzykowała.

Zbliżyła się do niego i bez słowa położyła dłoń na jego policzku.

2021-2022